czwartek, 24 stycznia 2013

Tata i ja

Osobliwa jest w mojej rodzinie tradycja wręczania prezentów urodzinowych. Zazwyczaj dumanie nad odpowiednim podarunkiem trwa miesiąc, znajduje się zawsze jakiś jeden mózg całej operacji, który dookoła sępi kasę od wszystkich chętnych. Chętni cieszą się oczywiście, że sami nic nie muszą wymyślać, a jednocześnie mają radosną świadomość uczestnictwa w dużym i tajnym rodzinnym quasiprojekcie.
Jest tylko jeden problem. Jak już coś wymyślimy, zbierzemy kasę i jeszcze w dodatku uda się nam to kupić, to cieszymy się z tego faktu tak bardzo, że zazwyczaj nie jesteśmy w stanie wytrzymać do samych urodzin i solenizant obdarowany zostaje wcześniej, wcale nie z mniejszym szumem niż jakby się to odbywało w same urodziny. Tak było z prezentem na 40 rocznicę ślubu Rodziców - z Bratem wpadliśmy do nich z prezentem prawie 2 tygodnie przed terminem. Tak było i tym razem. Do urodzin Taty został tydzień, co nie przeszkadzało nam w napadnięciu go wczoraj w garażu wieczorową porą, w fałszowaniu Sto lat (akustyka garażu potęgowała nasz absolutny brak talentu w tym kierunku) i wreszcie we wręczeniu mu pięknej nowej snowboardowej deski, bo na starej wstyd już było jeździć. Na szczęście moje kilkunastoletnie (jestem najstarsza na świecie) snowboardowe doświadczenie pozwoliło bez bólu dobrać Tacie sprzęt na miarę (zagięłam nawet dwóch panów ze sklepu sportowego, bo myśleli, że skoro jestem na obcasach i w płaszczyku, to mogą zachowywać się jak nadęty minister sportu) i z miną Wilhelma Zdobywcy i z deską pod pachą wpadłam do rodziców (jakimś cudem zmieściła się do mojego bolidu). Mama też była w sklepie i pilnowała, żeby deska była ładna. Ja pilnowałam reszty.
Tata cieszył się jak nastolatek, od razu przykręciliśmy wiązania i dziś wieczorem pojechaliśmy testować to nowe bydlę. Stąd, gdzie mieszkam z Brzydalem, mamy rzut beretem na blisko półkilometrowy oświetlony stok o bardzo przyzwoitym nachyleniu, śmiesznych cenach karnetów i małych kolejkach, w sumie żal z tego nie korzystać. Choć przyznaję, że początek sezonu, a zwłaszcza jego pierwsze 5 minut, to jest zawsze jakaś hipochondryczna masakra, a pierwsze sekundy dają wrażenie, jakby snowboard był z betonu, czyli budulca niespecjalnie zwrotnego i zdatnego do skręcania. Po pierwszych piskach i wrzaskach, kiedy deska robiła co chciała, ustawiłam się grzecznie w kolejce, ale później obudził się mój ukochany znajomy demon i już nic nie było grzeczne i spokojne. Wszystko wróciło. Wyszalałam się jak dzika, jak zwykle odnajdując wielką przyjemność w oswajaniu sobie ścieżki przy samym wyciągu, gdzie jak świat światem śnieg jest mi najmilszy, no i gdzie można stresować tych, którzy się dopiero na górę wciągają, szczególnie tych, którzy myślą, że baby jeździć nie potrafią… W tym czasie Tata też powoli wracał do formy i oswajał deskę dłuższą niż ta poprzednia, machał mi z wyciągu i generalnie szło mu lepiej niż wszystkim młodszym od niego o 40 lat (!!!) zbuntowanym kudłaczom w za dużych spodniach. Cudnie. Jutro chcę znów. Może Brzydala też wyciągnę, bo z niego jest narciarski samorodek, a ze względu na 2 metry wzrostu ma naprawdę imponujące noszenie i szybko osiąga pierwszą prędkość kosmiczną...
Poniżej zdjęcie rodzinne, Tata i ja.

Złośnica

Brak komentarzy: