sobota, 12 stycznia 2013

w przedszkolu

Uwielbiam koncerty w przedszkolu numer 5, bo zawsze są tam starzy znajomi, z którymi rzucamy się sobie na szyję na dzień dobry i jest to reakcja najnaturalniejsza z możliwych. Piąty taki koncert czy szósty? Cieszę się jak dziecko, bo wiem, kogo tam spotkam i wiem, jak będzie. A tegoroczny program pobił wszystkie poprzednie.

W trakcie krótkiego występu Marka Jałowieckiego po raz tysięczny w życiu przekonałam się o tym, że jest najbardziej magicznym artystą jakiego kiedykolwiek spotkałam, znałam i słuchałam. Kilka pierwszych nut i wiem, że umarłabym z żalu, gdyby mnie tam nie było. Słychać w jego grze, że reaktywacja Generała świetnie na niego podziałała. Teksty są genialne, a melodie są tak ciepłe, że można się w nie wtulić. Kilka zagranych na luzie piosenek, bez stresu, przecież grał u siebie. „Herzog” i „Geniusze” wymiatają. Uwielbiam. Stoję tam całkiem blisko i myślę, że to cudowne uczucie: mieć coś, z czego się bezsprzecznie nie wyrasta. Charyzma i autentyczność. Wierność sobie i artystyczna bezkompromisowość. Marek to nie jest sceniczne zwierzę, tylko sceniczna osobowość nie do podrobienia. Słuchacze w eurofii. Na późniejszych aukcjach można było wylicytować różne cuda, w tym płyty i dvd Hey i T.Love, 30 Seconds to Mars, koszulki, kalendarze, wszystko z autografami, ale tylko płyta Generała dobiła trzech stów. A znajomy, widząc coraz bardziej blednącego z wrażenia Marka, krzyknął spod okna, żeby mu podać tlen;).

Janek Samołyk też jest z tej bajki, tym bardziej że poznaliśmy się lata temu przez muzykę Marka. Nawet na żywo spotkaliśmy się pierwszy raz na koncercie Delons w Rialcie w 2006 roku. Janek zawsze grał i śpiewał, a ja mogłam liczyć na nagrywane w różnych warunkach demówki i bootlegi, które uwielbiałam. I mogłam też liczyć na nocne rozmowy po OFF Festivalach nad chińską zupką w mojej kuchni. W sumie od początku wiedziałam, że Janek w końcu sam zagra na OFFie i tak się stało już w 2009. No i później pierwsza płyta, teraz druga, trasy, koncerty, telewizja, wywiady, występ w Opolu, nagle Janka jest pełno, a ja ciągle pamiętam te OFFy, na których byliśmy jak dzieciaki. To wielka przyjemność, patrzeć jak Janek się rozwija, jakiego nabrał rozpędu i co z tego wynika. Ma teraz zdolny skład, pisze przyjemne teksty, i po polsku, i po angielsku, a wychodzą z tego naprawdę udane, ładne kawałki, do których się chętnie wraca. Tym bardziej chcę iść na jego niedzielny koncert do Komitywy w Dąbrowie. Widać, że to, co robi Janek, po prostu idzie w dobrym kierunku. Radocha.

Myslovitz na koncertach w przedszkolu wcześniej nie było, choć aukcję zazwyczaj prowadził Lala Kuderski (ma do tego dar: „dobra, kto da dwie dyszki za Krawczyka z autografem? Nikt? Naprawdę nikt? Dobra, Krawczyk za piętnaście. I dorzucę… Rynkowskiego! I plakietkę!”). Czasem chłopcy z zespołu wpadali posłuchać kolegów z innych kapel, ale sami nigdy tam nie zagrali, Rojka też nie widziałam tam nigdy. Kowalonek jeszcze dobrze nie wziął gitary do rąk, a już miał publiczność kupioną, i dzieciaki, i pracowników, i dyrekcję, i nas wszystkich. Atmosfera zrobiła się jak na imprezie urodzinowej kogoś, kogo wszyscy znają i wszyscy lubią. A już wszystkich zmiotło, gdy Marek zaśpiewał z Myslovitz „Peggy Brown”. „Peggy”, którą od 1993 roku na koncertach gra Myslovitz, jest piosenką, do której pod koniec lat 80. Marek Jałowiecki napisał muzykę i grał ją z Generałem Stilwellem. Wcześniej piosenka znalazła się na płycie Dwa Plus Jeden „Irlandzki Tancerz”, ale jak tam brzmi, pamiętają nieliczni (może to lepiej). Oryginalny tekst napisał irlandzki poeta Turlough O'Carolan gdzieś na przełomie XVII i XVIII wieku, a za polskie tłumaczenie odpowiedzialny jest Ernest Bryll, z którym zresztą Marek korespondował. Obecnie grana wersja piosenki jest więc wspólnym dziełem Brylla i Jałowieckiego. Marek już raz zaśpiewał "Peggy" z Myslovitz, na 10 urodzinach zespołu na Słupnej w 2005. A w przedszkolu był taki luz i spontan, że wszyscy odlecieli. I to bardzo ładny gest zespołu, że zaprosili Marka. Chciałam napisać, że świetny PR, ale to przecież świetna PRzyjaźń.

W sumie nie dziwię się, że Szanowna Moja Droga Spider-Mama spędziła ileś tam godzin w autobusie na gierkówce, żeby tu przyjechać i to zobaczyć. Nie dziwię się też, że później gadałyśmy do wpół do trzeciej w nocy. Dziwię się tylko, że zabłądziła w naszym mieszkaniu i o tej późnej porze wyraźnie zamiast do łazienki wybierała się do sypialni, w której już od dawna grzecznie spał Brzydal.

Jeśli założę kiedyś Kalendarz Dni Pięknych 2013, to ten dzień się do nich zaliczy. Uwielbiam tę atmosferę, tych ludzi i te dźwięki przebiegające wzdłuż kręgosłupa. Lubię tę świadomość, że będąc tam z nimi jestem na swoim miejscu.

Tutaj znaleziona w sieci fotorelacja . Są tam też na samym dole dwa filmiki, nowy singiel Myslo "Trzy sny o tym samym" i wspomniana "Peggy", tylko dla tych, którzy potrafią to docenić.

A niżej wstawiam Janka, dla wszystkich.

Błagam, niech nic się nie spartoli w ten weekend.
Złośnica

1 komentarz:

spider-mama pisze...

Spider Mama pokonała wszystkie przeciwności losu, nie weszła do sypialni (!), później trzy razy sprawdzała, czy idzie w dobrą stronę, pkp w myślach za przyjazd na czas podziękowała i teraz siedzi i jest jej źle bez Katowic, Sosnowca, Mysłowic, Piaseczna. Było bajkowo, słowo klucz. Bajkowo!