sobota, 23 lutego 2013

etatowy doradca

Przyszło mi trochę otrzeźwieć z zeszłotygodniowej euforii. Ale trzymałam się dzielnie, wzbudzając zainteresowanie współpracowników, którzy z niedowierzaniem patrzyli na moje nietypowe, bo spokojne dumanie za biurkiem nad kolejnymi projektami. I tylko czasem zupełnie bez związku z tematem nagle podrzucałam jakąś teatralną tęsknotkę, która nagle wypełniała mi głowę jak dmuchana zabawka. To już nikogo nie dziwi.

Inna rzecz, że stałam się jakimś takim działowym etatowym teatralnym doradcą, co mnie a) nieustannie rozśmiesza, b) zdecydowanie postarza. Co ciekawe, pogadać nie przychodzą w ogóle moje bliskie koleżanki, tylko raczej ludzie, z którymi moja praca czasem się ledwie zazębia. Ale mam niezłą skuteczność. Tylko w tym tygodniu: 1. W ciągu 10 minut przekonałam Panią z Biura, że najbliższy monodram Bronisława Wrocławskiego w Korezie to jest absolutny must-see, więc pospiesznie zarezerwowała bilety, 2. Słysząca naszą rozmowę Koleżanka z Biura w tym samym czasie poinformowała swoich rodziców, że na to idą i równie pospiesznie kliknęła „rezerwuj”, 3. Nowa Koleżanka zarezerwowała „Jakobiego” na połowę marca – nie wytrzymała, gdy opowiadałam jej o upiornym kataryniarzu i złej bajce, 4. Nie Taka Nowa Koleżanka pierwszy raz przyjedzie do Teatru Zagłębia na Masłowską, 5. Kolega z Innego Działu przyszedł powiedzieć mi, że jechał przez Zabrze, widział Teatr Nowy, przypomniał sobie naszą rozmowę o tym teatrze i był na siebie zły, że nie pogadaliśmy wcześniej. Niedługo wynajmę działkę w Delfach, na allegro kupię stołek barowy na trzech nogach i w podejrzanych oparach będę mogła przepowiadać życie sceniczne regionu.

A ten Wrocławski w Katowicach spadł nam z nieba. Średnio raz na miesiąc marudziłam Brzydalowi, że może skoczylibyśmy na cudowny romantyczny eee… teatralny weekend do Łodzi, bo dwa genialne monodramy Wrocławskiego widzieliśmy, a jednego nie (no dobra, widzieliśmy na kompie, ale ja takiej szyby nie uznaję). Idziemy. Koniecznie. Obowiązkowo. Cieszymy się oboje jak głupki, co w odniesieniu do teatru nie zdarza znowu aż tak często. Na przykład tydzień temu w BB Brzydallo w ogóle odmówił spaceru w kierunku teatru.

Ale spokojnie, teatr w pracy to tylko parominutowe epizody. W sumie pracuję jak dzika, choć efekty bywają różne. Właściwie to jest jak na górskiej kolejce. Jestem na górze, by po chwili lecieć gdzieś głową w dół, zatrzymuję się na chwilę, a za moment boję się, że z tego wagonika wylecę na pierwszym zakręcie. To nieprawdopodobne, jak cienka jest granica między byciem wrogiem publicznym numer 1 a nagłymi pochwałami z samej góry. Trudniej się z tego w ogóle cieszyć, kiedy czuję, że ta kolejka cała aż trzeszczy. I ten dziwny moment, kiedy dzwoni mój telefon, odbieram, a wszyscy patrzą, czy pokażę, że strzelam sobie w łeb, czy uniosę w górę kciuk. Znów rozważam, czy miejsce pracy to na pewno jest miejsce na charakter. Jeśli ktoś ma jakiś poradnik „Jak spokornieć w weekend”, proszę o wiadomość.

Brzydal jak zwykle zdystansowany. Wczoraj na przykład śpiewał mi jedno Ważne Pismo głosem i zaśpiewem księdza proboszcza, a robił to tak przekonująco, że mógłby prowadzić pielgrzymki. W mieszkaniu z widokiem na szyb codziennie po godzinie 19 wszystko to, co w ciągu dnia wydawało się dziwne, straszne albo niejasne, staje się zupełnie znośne, typowe i do przejścia.

Pozdrawiam Was.
Zołza

Brak komentarzy: