poniedziałek, 18 lutego 2013

Moja "Piąta strona świata"

Moja „Piąta strona świata”? Tak to się zaczęło wtedy, gdy wracałam ze spotkania z moją lektorką włoskiego: http://brzydalizlosnica.blogspot.com/2010/02/piata-strona-swiata.html I po kilku dniach spotkanie z Kutzem w Korezie http://brzydalizlosnica.blogspot.com/2010/02/spotkanie-z-kutzem.html. Książkę miałam już wtedy przeczytaną. Kto pamięta, że padło wtedy pytanie o teatr? Da się? Kiedy? Kto? To pytanie tam naprawdę padło, w żartach nawet padła jakaś odpowiedź, pamiętam przecież!

Jak mało wtedy z tego wszystkiego rozumiałam, dostrzegłam dopiero w zeszłym roku, gdy ponownie sięgnęłam na półkę. Inne szufladki mi ten Kutz otwierał. Moje życie w tym czasie też zmieniało szufladki z jednej na drugą i ten Śląsk, którego w sobie trochę noszę, upominał się o siebie coraz intensywniej. Czytałam, wracałam, kreśliłam. Gdzieś po drodze zaczęłam czekać na spektakl. Kilka miesięcy temu chciałam zapisać, że 15 lutego jest premiera, ale było to tak dawno, że nie myślałam jeszcze nawet o kalendarzu na 2013 rok.

To nieprawdopodobne, że można tak strasznie czekać na coś, z czym tak naprawdę nie ma się nic wspólnego. Im bliżej, tym temat bardziej pęcznieje w głowie i pcha się w pole myślenia przed snem, na zbyt długich służbowych spotkaniach, w rozmowach, skojarzeniach. „Piąta strona świata” to naprawdę był pierwszy zapisek w tym nowym kalendarzu. Odliczam, czekam, wzdycham, kręcę się na krześle w pracy, dziewczyny z biura z niedowierzaniem kręcą głowami. Chcę już tam być, na "Piątej stronie świata" w adaptacji i reżyserii Talarczyka w Teatrze Śląskim, z bliska poczuć te emocje, bo mam pewność, że warto, że trzeba, że koniecznie. Że aktualnie na nic nie czekam bardziej.

W piątek w teatrze, gdy zgasły światła i ucichły głosy, na scenę wyszedł Bohater, milczał i przysięgam, że kilka sekund nigdy wcześniej nie trwało tak długo. A cały spektakl jest tak w szczegółach dopracowany i dopieszczony, że mógłby trwać kolejne dwie godziny. Zaskakująco poukładane są te historie, które zamknięte w okładkach książki Kutza sprawiały wrażenie wielu sznurków i włóczek, które rozplątać może tylko ten, kto je tak misternie splątał. A tu nagle wszystko się układa, historie, miejsca, melodie, ludzie, ludzie, ludzie. I czasem coś, co sama sobie w książce zaznaczałam wielkim wykrzyknikiem, trzy lata temu, rok temu, tydzień temu, teraz tutaj, na scenie, na wyciągnięcie ręki. Co chwilę zbieram szczękę z podłogi, że jak to w ogóle możliwe, nie rycz głupku, tu się trzeba cieszyć! I znów się rozmażesz zamiast rozmarzyć…

Potężna przestrzeń sceny raz po raz się zapełnia: ludźmi, słowami, magią. Umieram z ciekawości, co dalej, jak to będzie z tym mordowaniem Suchanka, z zegarem, którego babka może już nie dostrzegać, z egzaminem ze znaków, z tym jednym psim szczeknięciem. Kondukt w śniegu, a w tle palmy. Zmarkotniały Alojz. Karciarz-kanciarz, chłopak w pasiaku, orędzie ze zwyżki, pozamykane listy, które tak potwornie chciałoby się otworzyć, porozumiewawcze spojrzenia matki i córki i ten ich znajomy wybuch entuzjazmu. Bezlitosny taran historii. Poszukiwania zaginionego buciora. I neutrino. Francik taki bezbronny, odarty całkowicie z kulturowego ojcowskiego patosu. Scena weselnego tańca zupełnie paraliżująca, tajemnice śmierci, tajemnica życia. Nieprawdopodobne pociągi. Zapadnia w górę, zapadnia w dół. I ja się coraz głębiej zapadam w fotel. Oklaski nie chcą się skończyć. Fenomenalne – wysyłam sms, wychodzę w mroźne Katowice i łapię oddech z poczuciem, że to tak właśnie miało wyglądać, że o to chodziło, rany, o to dokładnie!

I to mam w głowie od minionego piątku. To i sto innych obrazków do zapamiętania i do ponownego obejrzenia. U Kutza ludzie w połowie brali się z książek. Można się w połowie wziąć z teatru?

Złośnica


Piąta Strona Świata - Teatr Śląski (trailer) from siałababamak on Vimeo.

Brak komentarzy: