sobota, 9 marca 2013

mój przyjaciel Urlop

Dziwna sprawa, planować jeden głupi urlop ponad 4 miesiące. Ale u nas tak trzeba: im wcześniej zacznie się marudzić, że chce się wolne w konkretnym terminie, tym większa jest szansa, że się w podskokach uda do kadr z podpisanym świstkiem. Zaczęłam więc hmmm… w listopadzie, nie znając nawet programu festiwalu. Drugim torem szły pertraktacje z Brzydalem, którego dawno temu zapytałam, czy będzie bardzo zły, jeśli przez 9 dni będę co wieczór chodzić do teatru, a on po namyśle odparł, że będzie trochę mniej zły, jeśli w tym czasie nie będę chodzić do pracy. Bo rok temu jednak to mnie kosztowało zbyt wiele, bo zdrowie, bo tak nie można, bo mam być poważna.

OK. Więc niech tak będzie. Urlop w kadrach, na biurku porządek, raporty powysyłane, poogarniane to, co się dało, kawa w łóżku i nagle czuję, że przede mną mnóstwo czasu na Coś Innego.

Jakiś czas temu setny raz widzieliśmy „Szczęśliwego Nowego Jorku”. Pół filmu marudziłam, że marzę o tym, żeby kiedyś na żywca zobaczyć Gajosa. To mityczne kiedyś nadchodzi dziś wieczorem.

Rok temu nie miałam siły, żeby iść na „Leningrad”, ale jakimś cudem zajechałam na Plac Sejmu, a następnie przeżyłam jeden z najbardziej energetycznych wieczorów w życiu. Dziś znów Czuj, dziś znów Mars, dziś „Siekiera!”

Dużo przede mną. Okaże się, czy jeszcze tak potrafię.

Za mną też sporo. Pędzi to wszystko szalenie, ale już nie czuję się jak chomik w kołowrotku, tylko raczej jak chomik, któremu udało się niepostrzeżenie pitnąć z klatki. Jak zwykle z nastaniem wiosny chce mi się wychodzić popołudniami w miasto, pić wielkie latte i gadać ze znajomymi, którzy dzięki Bogu nawet czasem sami się o to upominają, pilnując tym samym, żebym zanadto nie udeptywała ścieżki praca-dom. I w porządku, przyznaję bez bicia, że mózg mam zupełnie wyprany i pracą, i teatrem, i w ogóle nie da się ze mną rozmawiać, ale wystarczy kilka chwil, żeby poczuć się tak, jakbyśmy znów mieli 20 lat, a w głowie tylko kiełbie we łbie i mnóstwo muzyki.

A monodram Wrocławskiego był fenomenalny. Uwielbiam i tracę zdrowy rozsądek. I tylko co jakiś czas musiałam się od niego oderwać na sekundę, żeby znów zobaczyć, jak Brzydalowi cieszą się oczy. I tam jeszcze jakiś Kraków był i mróz i jakieś okruszki w szaliku, i Żywiec i kapsuła do przenoszenia w czasie i gadania tyle, że można zachrypnąć.

I ta impreza wczoraj, Boże… Już w domu zapytałam Brzydala, jak policjanci sprawdzają trzeźwość, a on zamiast powiedzieć, że alkomatem, to uznał, że trzeba zrobić jaskółkę. Podjęłam rzuconą rękawicę, co w wąskiej spódnicy wcale nie było takie proste, ale moją jaskółkę uratowała deska do prasowania. Brzydal tylko z politowaniem pokręcił głową i przez własny śmiech usłyszałam, jak kwituje: no tak, amerykańscy policjanci na pewno mają na wyposażeniu radiowozu deskę do prasowania.

Z.

Brak komentarzy: