niedziela, 24 marca 2013

rok

Każda okazja jest dobra, żeby razem poświętować. To dlatego każdej soboty, gdy Brzydal wraca z pracy, bombarduję go zupełnie idiotycznymi danymi w stylu „mieszkamy tu już 31 tygodni! Z tej okazji…” – i w tym miejscu wymyślam kolejne pierdoły i drobiazgi, które mają rzekomo łączyć się z hucznymi świątecznymi obchodami. Sprawia mi wiele radochy obserwowanie tego, jak Brzydal jak słaby aktor kręci głową z niedowierzaniem, krzywi się okrutnie i robi te wszystkie dramatyczne gesty oznaczające załamanie z faktu, że wytrzymał tu ze mną ileś tam tygodni. Ale żarty się skończyły. Strzelił nam tu rok od przeprowadzki.

Knucie dotyczące tej jakże ważnej dla świata rocznicy zaczęłam już jakiś czas temu, ale wprowadzenie planu w życie poszło mi zadziwiająco gładko. Postanowiłam wykorzystać fakt, że mamy jedną wielką ścianę zupełnie pustą (wersja oficjalna mówiła dotąd o braku kasy na półki, nowa wersja obowiązująca od wczoraj mówi o innym przeznaczeniu ściany). Z tylko mnie znanych tajnych źródeł pozyskałam na cały weekend piękny, nowiutki, duży rzutnik, który udało mi się milionem kabli połączyć z moim wysłużonym laptopem i dwoma zupełnie niepoważnymi różowymi głośnikami. Milionem pokrętełek i guziczków uzyskałam wielki obraz na naszej pustej ścianie, co wyglądało tak cudnie, że zapiszczałam z radochy. Pilotażowo uruchomiłam moje najukochańsze na świecie „Wszystko jest iluminacją” i czekałam na Brzydala. A Brzydal padł z wrażenia i miał minę jak dziecko w cukierni i to był zdecydowanie najbardziej czarujący moment, choć nad filmami i teledyskami świętowaliśmy do późnego wieczora. 


Piątkowy koncert świetny. Odpłynęłam zupełnie w miękkim fotelu i nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, że mogłoby mnie tam nie być. Zespół brzmi świetnie i widać, że są nie tylko w formie, ale i w dobrych nastrojach. Teksty, teksty, teksty! Genialne! Ściana oklasków. Ostatecznie nie zawędrowałam na backstage, bo było już megapóźno, ale teraz trochę żałuję, bo dzień później szanowny lider w kolejnej długiej rozmowie telefonicznej wyraził ubolewanie, że pitnęłam zamiast do nich przyjść i że przecież moje miejsce jest tam, gdzie jest zespół i że przecież mnie wolno zawsze, wszędzie i wszystko. Obiecałam grzecznie, że w Chorzowie ich już nie zostawię, bo w Chorzowie za miesiąc kolejny występ.

A, znów mam irokeza. Dość tych pozorów... :P
Zł.

Brak komentarzy: