środa, 24 kwietnia 2013

3x późny wieczór

Sobota. Późny wieczór. Mały zielony bolid na trasie między BB a domem. Pytany o wrażenia z premiery „Cesarza Ameryki” Brzydal, wygodnie rozciągnięty na fotelu pasażera, wyznaje ze szczerością: „w porządku, ale bez talarowego pierdolnięcia, do którego się przyzwyczaiłem”. I mówi, że chodzi o charakter, o wyrazistość, o zaskoczenie, o obrazy które zostają w głowie, gdy ulatują już tytuły i nazwiska. I że nie o reżysera chodzi, a o atmosferę. I zaczął mi Brzydal na trasie wymieniać te wszystkie Szwejki, Bitwy i Mistrze, Królów dowcipu, Tak wiele przeszliśmy, Hotel, Konigshutte i inne jeszcze. I tłumaczył mi jak dziecku (zupełnie jakbym ich nie oglądała), że to wszystko było WYRAŹNE. I że dla niego „Cesarz” wyraźny nie był i że generalnie szkoda. Próbowałam „Cesarza” bronić, bo uważam, że jest czego, bo jest spójny i warsztatowo bez wpadek, że za kilka lat będzie się go oglądało tak samo dobrze jak teraz, że taki typ wrażliwości nie ma daty ważności. Że ten reżyser w BB to sukces (i że Brzydal musi zobaczyć „Orkiestrę” jak będzie wreszcie w telewizji). Że fajny ruch, muzyka, że lubię taką minimalistyczną scenografię, że warto było. No, warto, potwierdził Brzydal. „Ale to nie to”.

Dzień później z mieszanymi uczuciami czytaliśmy razem opublikowane na miejskiej stronie wymagania stawiane kandydatom na stanowisko dyrektora tego teatru (swoją drogą niezbyt wyszukane). Może zamiast ględzenia o podyplomówkach powinna się tam znaleźć informacja o mile widzianym artystycznym „pierdolnięciu" w „autorskim programie działania teatru" w przyszłym sezonie?

Niedziela. Późny wieczór. Przez puste Katowice wracam ze spektaklu, który znam na pamięć i który dziesiąty raz wkręcił mi się tak samo jak wcześniej dziewięć razy. Dokładnie co do sekundy wiem, kiedy zaatakuje mnie jakimi emocjami, bawi mnie nieustannie w tych samych miejscach i skutecznie wzrusza co parę chwil i sprawia, że chcę znów. Choć to fenomen jakiś: uwielbiam wracać na tę w sumie skromną sztukę, mimo że zawsze, ale to zawsze wracam z niej zdołowana. Nie ma co zadawać zbyt wielu pytań. Choć w domu Brzydal jednak zapytał, na czym byłam, a gdy usłyszał, to odparł poważnie: gdybym wiedział na co idziesz, to bym cię nie puścił. Jasne jasne.

Wtorek. Późny wieczór. Czy to jest normalne, w środku tygodnia jechać 40 minut w jedną stronę, żeby spędzić 40 minut na koncercie i kolejne 40 minut wracać do domu? – pytam klucząc po Chorzowie, a Brzydal patrzy na mnie zaczepnie i mówi tylko, że się przyzwyczaił. Bo jak jadę któryś tam raz na ten sam spektakl, to wszyscy się dziwią. Jak jadę setny raz na koncert Marka, ci sami ludzie ze zrozumieniem kiwają głowami. No bo Marek, oczywiście, pewnie. Nieważne, czy solo, czy Delons, Ladislav czy Generał Stilwell. Ciągłość absolutna. Jedź. Jadę. Telefon. Brzydal. Poczekaj na mnie, jadę z tobą. Radocha. Niespecjalnie wiemy dokąd. Wpadamy na styk. Piękny, dopracowany koncert dla niezbyt licznej, ale zasłuchanej i reagującej widowni. Inne Granie, naprawdę. To normalne, że tam byliśmy. 11 maja znów. Oby.

Zł.

Brak komentarzy: