piątek, 19 kwietnia 2013

tylko spokój

Tylko spokój. Spokój spokój spokój. Każdego ranka pac, pac i wysyłam pod wiadomy numer sms o treści „Tylko spokój”. I działa. Czasem krócej, czasem dłużej, zależy. Nie zawsze ode mnie. Właściwie ode mnie rzadko.
Coraz gorszy ze mnie bloger. Zły przykład. Ale przychodzi taki moment w ciągu dnia, że nie szukam już kontaktu. To proste. Jeśli zacznę komukolwiek mówić, co mnie rozpieprzyło na kawałki, to wszystkie złe emocje wrócą z pierwotną siłą. Nie warto.
Ale między tym, co dziwne, idiotyczne albo niepotrzebne, pojawiają się znienacka momenty zabawnie złośliwe, takie miniaturowe cynizmy, czyli wszystkie te moje drobne narzędzia walki o rzeczowość, zdrowy rozsądek i priorytety. A później tutaj, w mieszkaniu z widokiem na szyb, to i tak wszystko blednie i znika gdzieś na pobliskiej hałdzie (po której wieczorami leniwie snują się zające większe od opasłych kotów). Tylko spokój.
Jeszcze trochę i zapiszę się na jakieś zajęcia z technik relaksacyjnych, mimo że kilka dni  temu rozmawiałam z wysokiej rangi kierownikiem w jednej z najważniejszych kardiochirurgicznych fundacji w tym kraju i ów kierownik przekonywał mnie, że takie techniki to zło, okultyzm i szatan, a poza tym ćwicząc coś takiego otwierałabym swoją duszę na czarne demony i mógłby mnie uratować tylko doświadczony egzorcysta. Na koniec dostałam prywatny numer komórki tego kierownika (choć łączyłam się przez 3 sekretarki - nie żartuję), na wypadek gdybym jednak chciała tego egzorcysty albo porady duchowej.
Jeszcze nie dzwoniłam. Stosuję domowe metody. Nie wiem, czy kiedykolwiek skończę czytać te dzienniki Bułhakowów. Podejrzewam, że nawet kilkuletnie dzieci sąsiadów chodzą spać później od nas. A wieczorne powroty ze spektakli nagle jawią mi się jako możliwy powód tego, że ileś tam procent Polaków w ogóle nie chodzi do teatru: może po prostu pracują jak wariaci, a jedyne o czym marzą wieczorem to zmyć tusz z rzęs i zawinąć się w kokon z kołdry? Na szczęście z „Bobiczka” do domu miałam blisko. O „Bobiczku” tak naprawdę myślę coraz cieplej, a moje regularne mijanie na mieście plakatów z przedstawienia podtrzymuje to wrażenie. Tylko trochę dalej do domu miałam z korezowego „Katechizmu…”, ale o jakimś specjalnie ciepłym myśleniu nie ma mowy, szczególnie po rozmowie z tym kierownikiem od szatana i całej reszty.
Ale jutro premiera w Bielsku, w niedzielę zdecydowanie nie premiera w Katowicach, we wtorek koncert mojego ukochanego zespołu w Chorzowie. Stęskniłam się.
Zł.

PS Tymczasem niewzruszony Brzydal z radością oddaje się użyciu zasad BHP w praktyce, czyta podręcznik jeszcze grubszy niż dzienniki Bułhakowów, a dodatkowo planuje prezentacje i szkolenia oglądając filmy specjalistyczne, z których absolutnym hitem okazał się ten o operatorze wózka widłowego o imieniu Klauss. Można obejrzeć tu, do czego zachęcam. Dla tych, którym się wydaje, że ich nic już nie zaskoczy...

Brak komentarzy: