wtorek, 28 maja 2013

jump

Mało kto patrzy do końca. Tak samo jak mało kto skacze. zł.

poniedziałek, 27 maja 2013

ametyst

- To na szczęście – powiedziała sympatyczna babka w wieku mojej mamy, wręczając mi pokaźnych rozmiarów kawał ametystu.
- Ale nie mogę, jestem w pracy, naprawdę – próbowałam się bronić, zupełnie jakby mi pani próbowała wręczyć rulon dwustuzłotówek diabli wiedzą za co.
- Mówię, że na szczęście – i zamknęła mi ten ametyst w dłoni. – Dziś się pani przyda.
Ciężki. Pod światło prawie bez koloru, a na dłoni fioletowy. Wsadziłam go do kieszeni i nosiłam go jeszcze wiele godzin, co jakiś czas sprawdzając kontrolnie, czy nadal tam jest.

Hardkorowy był to dzień. W plenerze. Podobno było potwornie zimno. Zaczęłam to wszystko ogarniać o 10 rano, skończyłam po 12 godzinach i ani przez chwilę nie poczułam, że jest 10 stopni. Koło południa było kilka takich chwil, że głowę wypełnił mi wielki znak zapytania, czy to w ogóle ma szanse na powodzenie, a widok fruwającej we wściekłym szale szefowej sprawy nie polepszał. I znów poczułam to dziwne czasoprzestrzenne przyspieszenie, kiedy masz 4, 3 godziny do startu imprezy, a wszystko jest zupełnie rozpieprzone na kawałki. Próbujesz się jeszcze uspokajać, że 3 godziny to bardzo, bardzo dużo czasu, choć wiesz, że to brednie i albo zmobilizujesz się do tej pracy potrójnie, albo możesz się już pakować i zastanawiać, jakie ciasto upieczesz na pożegnanie z koleżankami z piętra. Później nagle tłum. Pierwsza setka, druga, piąta. Ludzie wszędzie. Co krok jakaś znajoma twarz. I nikt, ale to nikt nie kuma, że nie mam czasu na milutkie pogaduchy na świeżym powietrzu, bo wystarczy chwila nieuwagi, żeby coś się rozsypało. Chwilę tylko siadam z Rodzicami, którzy jak zwykle pojawiają się ze wsparciem wtedy, kiedy są naprawdę potrzebni. A przy tym bawią się super i wyglądają na zadowolonych. Tata przypadkiem wpada na faceta - mojego kolegę z pracy - z którym 30 lat temu balował na Ligocie. Pękają ze śmiechu.

A ja w te kilka godzin poznałam kilka absolutnie fascynujących osób, w tym ludzi, którym było dane urodzić się na nowo i jednocześnie nie zaczynać od zera, i też takich, dla których ratowanie innych jest codziennością. Poznałam też kilka mega poważnych i mega roszczeniowych osobowości z wielkich firm, instytucji, korporacji i spółek, które majgały mi przed oczami zapisami z umów i suchymi paragrafami, a ja próbowałam zachować resztki chłodnego profesjonalizmu, choć szczerze mówiąc miałam ochotę zrobić im z tych umów papierowe czapeczki albo samoloty.

Gdy wieczorem pojawił się Brzydal, okazało się, że jestem już w kiepskim stanie. Przerażające, że musiałam zobaczyć to w jego oczach, że sama na to nie wpadłam, że w końcu musiał mi to wszystko powiedzieć i nie reagować na mój coraz cichszy sprzeciw. Po godzinie byliśmy w domu, a ja setny raz w tym roku zastanawiałam się, czy było warto. Na pewno było warto dla tych kilku osób, o których myśli do teraz wzbudzają we mnie napady nieokiełznanego szacunku. Warto było też znów przekonać się o swoich możliwościach i skuteczności, którą łatwiej dostrzec w sytuacjach naprawdę kryzysowych. I cieszę się, że mamy to już za sobą. Że będę mogła zrobić porządek na pulpicie służbowego komputera, zamknąć ten folder na najbliższy rok i zająć myśli czymś innym.

Nie wiem, jak nastroje w pracy po tym wszystkim. W tym tygodniu – mam nadzieję – już się tam nie pojawię. Patrzę niechętnie na telefon, bo się boję, że zadzwoni, że coś, że jednak. W ramach szukania zagubionego luzu za chwilę zmuszę się do opuszczenia łóżka i pojadę z Mamą na basen. Popołudniu rodzinny spęd z ludźmi, których śmiech powoduje, że też się śmieję. Jutro wreszcie jestem w Czechowicach i w BB, gdzie mam wiele godzin zaległych rozmów do przeprowadzenia. Najwyraźniej ktoś zapomniał mi zamontować przycisk reset.


A ametyst leży tu obok i życzę sobie, by działał dalej.
złośnica

czwartek, 23 maja 2013

bardzo dużo rzeczy

Poprzedzające duże wydarzenie rytualne służbowe urwanie łba trwa w najlepsze. Im mniej czasu, tym bardziej znikają biurowe konwenanse. Chociaż w sumie u nas jest bardzo, bardzo swobodnie. Bardzo. Przed naszymi flagowymi imprezami po prostu już ostatnie hamulce puszczają.
Miliard rzeczy było dziś do przewiezienia na drugi koniec miasta. Wystawy, gabloty, banery, roll-up'y, materiały, akcesoria. Z daleka pewnie wyglądało to jak jakiś chaotyczny tabor, przeprowadzka albo kradzież mienia.
W biurze urosła mi jeszcze jedna sterta megawielkich i megaciężkich rzeczy. Koleżanka z Biura odbiera telefon od naszego Kumpla-Konserwatora, bez którego byśmy sobie nie dały rady (banda księżniczek). Przekrzykuję ich rozmowę: - Poproś go, żeby przyszli na górę, bo mam tu jeszcze w ciul betów.
Koleżanka z Biura do słuchawki: - Przyjdźcie jeszcze na górę, bo Z. ma tu jeszcze bardzo dużo rzeczy - rzekła jak księżniczka właśnie, choć na co dzień słownictwo mamy raczej jak smok i rycerz razem wzięci.
- Powiedziałam, że mam w ciul betów! - odparowałam oburzona, że ktoś tak dalece przeinacza moje słowa, a ze słuchawki rozległ się stłumiony odległością śmiech Kumpla-Konwerwatora.
Na co Koleżanka z Biura: - Byłam u spowiedzi przedślubnej i nie mogę już tak mówić.
No i doigrałam się. Palnęłam się otwartą dłonią w czoło i fikłam pod stół. Nie pogadasz.
Złośnica

PS Czy muszę dodawać, że "w ciul betów" to naprawdę delikatne określenie jak na nasze działowe warunki...?

środa, 22 maja 2013

Miedzianka

- Jedziemy do Miedzianki – zarządziłam kilka dni temu, absolutnie wciągnięta przez książkę Filipa Springera. Godzinami siedziałam zawinięta w kołdrę, szeleszcząc cicho każdą kolejną kartką, a w głowie kiełkowała mi świadomość, że „Miedzianka” jest moim absolutnym literackim hitem ostatnich kilkunastu miesięcy. Barwna, wielowymiarowa opowieść o zupełnie innej piątej stronie świata, o świecie który znikał wielokrotnie, by się po czasie podnosić powoli i odradzać, wykazując desperacką wolę istnienia czerpaną diabli wiedzą skąd. Kamienne krzyże i równie kamienne memento. Mały browar i kilometry trzeszczących podziemnych korytarzy, znikające drzewko, prowincjonalne saneczkarstwo, rozbrajanie grobowców, pociąg, który nie dojechał do Drezna, kryształowy żyrandol w opuszczonej świątyni i bestia, która pojawia się pod różnymi postaciami. I historia, która czasem przelatuje gdzieś bokiem, a czasem przewala się przez sam środek małego, trójkątnego rynku. I kiedy miałam kilka stron do końca, wiedziałam już, że nie jedziemy do Miedzianki, że już nie chcę. Wygląda na to, że zniknęła na dobre. I jedno mnie jeszcze frapuje: skoro mnie ta historia absolutnie zmiotła, mnie, której zupełnie nie dotyczy ten region, to jak zmiotła tych, dla których tamten świat to jest cały świat?

Mój świat tymczasem strzępi się na końcach, a ja łatam jak mogę, z różnymi efektami. Niespodziewane wyjście na kawę któregoś popołudnia skończyło się niepewnym wracaniem z buta bardzo późnym wieczorem. Wyjazd gdziekolwiek skończył się na rynku w BB, gdzie pierwszy raz w tym roku poczułam się naprawdę jak na wakacjach, i to mimo że rozmowy były zbyt poważne jak na leniwe popołudnie. Jedno absurdalne polecenie służbowe skończyło się nocnym psim wyciem i nastrojem tak złym, że teraz aż strach o tym w ogóle myśleć. Aktualne zadania kończą się kwitnięciem po godzinach, co jest w sumie całkiem dobrym rozwiązaniem, bo w biurze robi się pusto i cicho. I nagle robi się porządek. Mimo wszystko za dużo chaosu w tych myślach o tym, co ważne. I za mało tego, co moje własne. Znów ominął mnie koncert mojego ulubionego zespołu, drugi z rzędu, niedobrze. Do końca sezonu zero planów teatralnych, też nie najlepiej. Chyba samoczynnie uruchomił mi się tryb "przetrwaj".
zł.

poniedziałek, 13 maja 2013

wybór

Podejmowanie decyzji to nie jest moja najsilniejsza strona, szczególnie jeśli mam wybór między miłym, miłym i miłym. Efektem weekendowych wyborów był naprawdę udany wyjazd do Gliwic, gdzie zamiast umierać z radochy, że mam „Danutę W.” na wyciągnięcie ręki, co chwilę zastanawiałam się, co się dzieje w Katowicach, gdzie mój ulubiony zespół grał koncert, i co się dzieje w Bytomiu, gdzie mój ulubiony reżyser miał premierę. I w czasie, gdy Janda wjeżdżała szarlotką do pieca i wszystko pachniało cynamonem, krążyłam myślami gdzieś nad innymi scenami, próbując mimo wszystko zakotwiczyć się w tej dziwnej sali, w której boazeria z czasów Króla Gierka XVI sąsiaduje ze złotymi barokowymi aniołkami (pierwszy raz tam byłam, wstyd). Momentami zupełnie piorunujące wrażenie robiła na mnie historia Danuty W., podana w sposób niezwykle stonowany, z pozoru aktorsko skromny, a jednak piekielnie skutecznie skupiający uwagę. Dwie i pół godziny! Opowieści o nieustannym życiu w cieniu, strachu i napięciu brzmiały wręcz nieludzko. Potrzebowałam kilku godzin snu, żeby dojść do wniosku, że przeżyć takie życie to nie było nie-ludzkie, a nad-ludzkie. Mija kolejny dzień, a na kwitnę nad pustym plikiem i nic więcej nie przychodzi mi do głowy.

Inna rzecz, że rozkojarzyłam się straszliwie, że mi się w głowie kręci i wyglądam jak zombie, o czym mnie oczywiście poinformowały koleżanki z pracy już przed 8 rano.

Brzydal natomiast czule wywarczał mi: „Już ja ci to wszystko wybiję z głowy”, a ja czmychając z kuchni do pokoju mogłam tylko udawać, że żadne TO nie istnieje.

Z.

piątek, 10 maja 2013

gwiazdy fejsa

Zagadka nagłego ruchu na naszym blogu została rozwiązana: jesteśmy gwiazdami fejsa za sprawą jednego skromnego wpisu o "talarowym pierdolnięciu". Dowód poniżej:


Padliśmy ze śmiechu i przyznajemy, że teatr ma jaja linkując coś takiego. I niezły mają risercz, monitoring mediów albo zażyłą przyjaźń z Wujkiem Google. No i na blogu teraz ruch aż furczy. Co prawda nie raz ktoś nas gdzieś linkował i samopas puszczał do sieci, ale rzadko w kilka godzin zjawiało się stadnie 80 osób.
Ochy i achy i przewraca się nam we łbach.
Brz. i Zł.

niedziela, 5 maja 2013

trochę maja

Biwak w kuchni. Nierówna walka z alergią trwa. Brzydal po wielu próbach i przemyśleniach doszedł do wniosku, że mordujący go alergen na pewno mieszka w naszej sypialni (udało mi się jakoś przekonać go, że nie o mnie chodzi), więc z uporem maniaka szukał alternatywnych miejsc do spania. Po krótkich pertraktacjach nad karimatą i jednym melodramatycznym wybuchu płaczu, zapadła decyzja, że śpimy razem, nawet jeśli będzie to kuchenna podłoga. I przyznaję, że w środku nocy sąsiadów mogły obudzić dziwne dźwięki, oznaczające niespodziewane wynoszenie materaca z sypialni, a także wynoszenie stołu i krzeseł z kuchni i układanie materaca między kuchennymi szafkami. Alergen najwyraźniej został w sypialni. I też się wyspał.

Spacer z Blondynami. Pierwszomajowy pochód, eee, spacer po Paprocanach zorganizowała Megi ze swoimi dwoma kudłatymi asystentami. Na wezwanie przybyło jeszcze kilka psów, ale tak szalały, że nie byłam w stanie ich policzyć. I tylko my jak głupki – bez psów. Ale to był przemyślany ruch: dzięki temu mogliśmy zająć się trzygodzinną, rozpiętą na wielu kilometrach zaległą rozmową z Megi, której jasność umysłu, poczucie humoru i niezwykły dystans wobec świata sprawiają, że rozmowy nie chce się kończyć.

Ściana wody w Bytomiu. Mój Tata twierdzi, że w połowie ubiegłego wieku nie było na Śląsku piękniejszego miasta niż Bytom. Spod parasola nie widzę tego zbyt dokładnie. Ale za to ktoś obcy zapłacił mi za parkomat: jak koza stałam przy maszynie ze zmokniętym banknotem, a parkomat do mnie, że zjada wyłącznie monety, a ja w portfelu tylko kopiejki... Później mnóstwo śmiechu i swoboda w głowie (nie sądziłam, że kiedykolwiek uda mi się tę swobodę osiągnąć, a samo przyszło). Lubię to. Pstryk i wracam, zupełnie jakby tylko chwila minęła. Hm.

Oglądamy „Once”. Od pierwszych minut migają mi przed oczami ci wszyscy smutni songwriterzy, których pasjami słuchałam gdy byłam gówniarą w przydeptanych dżinsach (dobra, słucham ich czasem do teraz). Damien Rice. Rufus Wainwright. Beck. Sufjan Stevens. Bon Iver. Iron & Wine. John Frusciante. Iowa Super Soccer. I choć nigdy nie przesłuchałam całej płyty The Frames, to od pierwszej sceny filmu „Once” czuć na kilometr, że Glen Hansard jest songwriterem, a nie aktorem. Może dlatego Brzydal zasnął już po pięciu minutach, a ja co chwilę wzruszałam się i zalewałam łzami, bo się to ogląda jak jakiś zadymiony koncert w małym pubie, jeden z miliona na którym byłam, na które chodzę od kilkunastu lat. Cudna scena w sklepie z instrumentami muzycznymi. I w autobusie. I ta dziewczyna z odkurzaczem, czarująca jak Dziewczyna-Miś z "Konrtolerów". Moja bajka.

Czas znów zarzucić pancerz na plecy i heja...

Zł.