poniedziałek, 27 maja 2013

ametyst

- To na szczęście – powiedziała sympatyczna babka w wieku mojej mamy, wręczając mi pokaźnych rozmiarów kawał ametystu.
- Ale nie mogę, jestem w pracy, naprawdę – próbowałam się bronić, zupełnie jakby mi pani próbowała wręczyć rulon dwustuzłotówek diabli wiedzą za co.
- Mówię, że na szczęście – i zamknęła mi ten ametyst w dłoni. – Dziś się pani przyda.
Ciężki. Pod światło prawie bez koloru, a na dłoni fioletowy. Wsadziłam go do kieszeni i nosiłam go jeszcze wiele godzin, co jakiś czas sprawdzając kontrolnie, czy nadal tam jest.

Hardkorowy był to dzień. W plenerze. Podobno było potwornie zimno. Zaczęłam to wszystko ogarniać o 10 rano, skończyłam po 12 godzinach i ani przez chwilę nie poczułam, że jest 10 stopni. Koło południa było kilka takich chwil, że głowę wypełnił mi wielki znak zapytania, czy to w ogóle ma szanse na powodzenie, a widok fruwającej we wściekłym szale szefowej sprawy nie polepszał. I znów poczułam to dziwne czasoprzestrzenne przyspieszenie, kiedy masz 4, 3 godziny do startu imprezy, a wszystko jest zupełnie rozpieprzone na kawałki. Próbujesz się jeszcze uspokajać, że 3 godziny to bardzo, bardzo dużo czasu, choć wiesz, że to brednie i albo zmobilizujesz się do tej pracy potrójnie, albo możesz się już pakować i zastanawiać, jakie ciasto upieczesz na pożegnanie z koleżankami z piętra. Później nagle tłum. Pierwsza setka, druga, piąta. Ludzie wszędzie. Co krok jakaś znajoma twarz. I nikt, ale to nikt nie kuma, że nie mam czasu na milutkie pogaduchy na świeżym powietrzu, bo wystarczy chwila nieuwagi, żeby coś się rozsypało. Chwilę tylko siadam z Rodzicami, którzy jak zwykle pojawiają się ze wsparciem wtedy, kiedy są naprawdę potrzebni. A przy tym bawią się super i wyglądają na zadowolonych. Tata przypadkiem wpada na faceta - mojego kolegę z pracy - z którym 30 lat temu balował na Ligocie. Pękają ze śmiechu.

A ja w te kilka godzin poznałam kilka absolutnie fascynujących osób, w tym ludzi, którym było dane urodzić się na nowo i jednocześnie nie zaczynać od zera, i też takich, dla których ratowanie innych jest codziennością. Poznałam też kilka mega poważnych i mega roszczeniowych osobowości z wielkich firm, instytucji, korporacji i spółek, które majgały mi przed oczami zapisami z umów i suchymi paragrafami, a ja próbowałam zachować resztki chłodnego profesjonalizmu, choć szczerze mówiąc miałam ochotę zrobić im z tych umów papierowe czapeczki albo samoloty.

Gdy wieczorem pojawił się Brzydal, okazało się, że jestem już w kiepskim stanie. Przerażające, że musiałam zobaczyć to w jego oczach, że sama na to nie wpadłam, że w końcu musiał mi to wszystko powiedzieć i nie reagować na mój coraz cichszy sprzeciw. Po godzinie byliśmy w domu, a ja setny raz w tym roku zastanawiałam się, czy było warto. Na pewno było warto dla tych kilku osób, o których myśli do teraz wzbudzają we mnie napady nieokiełznanego szacunku. Warto było też znów przekonać się o swoich możliwościach i skuteczności, którą łatwiej dostrzec w sytuacjach naprawdę kryzysowych. I cieszę się, że mamy to już za sobą. Że będę mogła zrobić porządek na pulpicie służbowego komputera, zamknąć ten folder na najbliższy rok i zająć myśli czymś innym.

Nie wiem, jak nastroje w pracy po tym wszystkim. W tym tygodniu – mam nadzieję – już się tam nie pojawię. Patrzę niechętnie na telefon, bo się boję, że zadzwoni, że coś, że jednak. W ramach szukania zagubionego luzu za chwilę zmuszę się do opuszczenia łóżka i pojadę z Mamą na basen. Popołudniu rodzinny spęd z ludźmi, których śmiech powoduje, że też się śmieję. Jutro wreszcie jestem w Czechowicach i w BB, gdzie mam wiele godzin zaległych rozmów do przeprowadzenia. Najwyraźniej ktoś zapomniał mi zamontować przycisk reset.


A ametyst leży tu obok i życzę sobie, by działał dalej.
złośnica

Brak komentarzy: