niedziela, 5 maja 2013

trochę maja

Biwak w kuchni. Nierówna walka z alergią trwa. Brzydal po wielu próbach i przemyśleniach doszedł do wniosku, że mordujący go alergen na pewno mieszka w naszej sypialni (udało mi się jakoś przekonać go, że nie o mnie chodzi), więc z uporem maniaka szukał alternatywnych miejsc do spania. Po krótkich pertraktacjach nad karimatą i jednym melodramatycznym wybuchu płaczu, zapadła decyzja, że śpimy razem, nawet jeśli będzie to kuchenna podłoga. I przyznaję, że w środku nocy sąsiadów mogły obudzić dziwne dźwięki, oznaczające niespodziewane wynoszenie materaca z sypialni, a także wynoszenie stołu i krzeseł z kuchni i układanie materaca między kuchennymi szafkami. Alergen najwyraźniej został w sypialni. I też się wyspał.

Spacer z Blondynami. Pierwszomajowy pochód, eee, spacer po Paprocanach zorganizowała Megi ze swoimi dwoma kudłatymi asystentami. Na wezwanie przybyło jeszcze kilka psów, ale tak szalały, że nie byłam w stanie ich policzyć. I tylko my jak głupki – bez psów. Ale to był przemyślany ruch: dzięki temu mogliśmy zająć się trzygodzinną, rozpiętą na wielu kilometrach zaległą rozmową z Megi, której jasność umysłu, poczucie humoru i niezwykły dystans wobec świata sprawiają, że rozmowy nie chce się kończyć.

Ściana wody w Bytomiu. Mój Tata twierdzi, że w połowie ubiegłego wieku nie było na Śląsku piękniejszego miasta niż Bytom. Spod parasola nie widzę tego zbyt dokładnie. Ale za to ktoś obcy zapłacił mi za parkomat: jak koza stałam przy maszynie ze zmokniętym banknotem, a parkomat do mnie, że zjada wyłącznie monety, a ja w portfelu tylko kopiejki... Później mnóstwo śmiechu i swoboda w głowie (nie sądziłam, że kiedykolwiek uda mi się tę swobodę osiągnąć, a samo przyszło). Lubię to. Pstryk i wracam, zupełnie jakby tylko chwila minęła. Hm.

Oglądamy „Once”. Od pierwszych minut migają mi przed oczami ci wszyscy smutni songwriterzy, których pasjami słuchałam gdy byłam gówniarą w przydeptanych dżinsach (dobra, słucham ich czasem do teraz). Damien Rice. Rufus Wainwright. Beck. Sufjan Stevens. Bon Iver. Iron & Wine. John Frusciante. Iowa Super Soccer. I choć nigdy nie przesłuchałam całej płyty The Frames, to od pierwszej sceny filmu „Once” czuć na kilometr, że Glen Hansard jest songwriterem, a nie aktorem. Może dlatego Brzydal zasnął już po pięciu minutach, a ja co chwilę wzruszałam się i zalewałam łzami, bo się to ogląda jak jakiś zadymiony koncert w małym pubie, jeden z miliona na którym byłam, na które chodzę od kilkunastu lat. Cudna scena w sklepie z instrumentami muzycznymi. I w autobusie. I ta dziewczyna z odkurzaczem, czarująca jak Dziewczyna-Miś z "Konrtolerów". Moja bajka.

Czas znów zarzucić pancerz na plecy i heja...

Zł.

1 komentarz:

Automaty Na Prawdziwe Pieniądze pisze...

swietnie piszecie, uweilbiam Was! :D