poniedziałek, 13 maja 2013

wybór

Podejmowanie decyzji to nie jest moja najsilniejsza strona, szczególnie jeśli mam wybór między miłym, miłym i miłym. Efektem weekendowych wyborów był naprawdę udany wyjazd do Gliwic, gdzie zamiast umierać z radochy, że mam „Danutę W.” na wyciągnięcie ręki, co chwilę zastanawiałam się, co się dzieje w Katowicach, gdzie mój ulubiony zespół grał koncert, i co się dzieje w Bytomiu, gdzie mój ulubiony reżyser miał premierę. I w czasie, gdy Janda wjeżdżała szarlotką do pieca i wszystko pachniało cynamonem, krążyłam myślami gdzieś nad innymi scenami, próbując mimo wszystko zakotwiczyć się w tej dziwnej sali, w której boazeria z czasów Króla Gierka XVI sąsiaduje ze złotymi barokowymi aniołkami (pierwszy raz tam byłam, wstyd). Momentami zupełnie piorunujące wrażenie robiła na mnie historia Danuty W., podana w sposób niezwykle stonowany, z pozoru aktorsko skromny, a jednak piekielnie skutecznie skupiający uwagę. Dwie i pół godziny! Opowieści o nieustannym życiu w cieniu, strachu i napięciu brzmiały wręcz nieludzko. Potrzebowałam kilku godzin snu, żeby dojść do wniosku, że przeżyć takie życie to nie było nie-ludzkie, a nad-ludzkie. Mija kolejny dzień, a na kwitnę nad pustym plikiem i nic więcej nie przychodzi mi do głowy.

Inna rzecz, że rozkojarzyłam się straszliwie, że mi się w głowie kręci i wyglądam jak zombie, o czym mnie oczywiście poinformowały koleżanki z pracy już przed 8 rano.

Brzydal natomiast czule wywarczał mi: „Już ja ci to wszystko wybiję z głowy”, a ja czmychając z kuchni do pokoju mogłam tylko udawać, że żadne TO nie istnieje.

Z.

Brak komentarzy: