sobota, 22 czerwca 2013

ze sceny

Waham się, czy bardziej lubię dostawać uśmiech ze sceny, gdy gdzieś tam stoję między ludźmi i gapię się zachłannie jak nastolatka, czy może bardziej kręci mnie tych kilka porozumiewawczych spojrzeń, które znaczą więcej niż by się oczekiwało.

Jak to jest, że czasem to sekundowe spotkanie się wzrokiem przy absolutnie ukochanych piosenkach ma w sobie więcej treści niż cała późniejsza o tym rozmowa?
Rozwalona koncertem Złośnica

wtorek, 18 czerwca 2013

bujaj się

Duży balkon to dużo plusów. Poza tym, że jest na nim mnóstwo miejsca, a popołudniami mnóstwo słońca, to jeszcze jest z widokiem na szyb i na ekstremalną zieleń. Idealny na spontaniczne Balkon Party, dobry do czytania, sączenia drinków i gapienia się w niebo. Mały balkon był dotąd przez nas pomijany, bo należał do Świata Pierdolnika, w którym mamy biuro połączone z suszarnią, więc nie jest to wymarzone centrum relaksu zaprojektowane według zasad feng shui. W tym momencie jednak mały balkon jest moim ulubionym miejscem w domu, którym stał się błyskawicznie i niespodziewanie. Otóż bujam się w pięknym, pasiastym hamaku, z netbookiem na kolanach, oglądam malinowy zachód słońca i wzbudzam zainteresowanie sąsiadów, bo wyglądam jakbym się poważnie szykowała do akcji „Wakacje w mieście” lub jakby stopień mojego dziwactwa pogłębiał się wraz ze wzrostem temperatury. Wiszę więc kilka metrów nad ziemią i kołyszę się leniwie z miną zadowolonego pieska preriowego i zachodzę w głowę, czemu nie wpadłam na to wcześniej. Bujaj się – myślę sama do siebie po tym kolejnym absurdalnie nerwowym dniu i dumam, czy mój biurowy balkon nadawałby się do bujania, skoro to tak mnie uspokaja i rozwiązuje splątane w supły końcówki nerwów. Bujajcie się wszyscy – mam ochotę mruknąć pod nosem, z tym że to nie hamak mam na myśli.
zł.

PS Brzydalowi dziękuję, że w trzy sekundy wymyślił, jak to zamocować, że nie marudził ani sekundy i ani razu nie zapytał, po co mi to. I że nie pytał, czemu koniecznie chcę zobaczyć wystawę "Cieszyńska" i czy warto godzinę jechać, żeby spędzić tam kilka minut. I że mnie zabrał na latające rowery. Że się w ogóle nie dziwił, że w symulatorze dachowania drę się jakby to był rollercoaster. I że namawia mnie do zmian.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

pn

Zadzwonił do mnie kumpel z prośbą o pomoc w ogarnięciu muzycznego materiału, który on chciałby ogarnąć, a wie, że ja go już na swój sposób ogarnęłam dawno temu. Pękłam z radochy, że ktoś w ogóle jeszcze po iluś tam latach wiąże mnie z muzyką i z jakimś tam doświadczeniem, które wprawdzie nabywałam zachłannie i konsekwentnie, ale zdążyło się już ono mocno zakurzyć z nieużywania. Późnym wieczorem zamiast więc wleźć pod nie swoją kołdrę, pogadać kilka minut bez sensu na granicy światów i wyłączyć świadomość na 6 godzin, zaczęłam zagrzebywać się w świat tych wszystkich starych tekstów. Wróciło nagle bardzo wiele obrazów, kilka zapachów, twarze, głosy i spotkania, małe sceny, skrzypiące podłogi, najcenniejsze na świecie próby, wybuchy śmiechu i przeryczane noce. I jak zwykle to dziwne, niechciane „pomiędzy”, świadomość, że całe szczęście, że kiedyś i straszny żal, że już nigdy i koniec, bez dyskusji. Znów przyjdzie mi to czytać, tego słuchać i co ciekawe – o tym pisać. Dobrze będzie skupić myśli na czymś, czego ważności nigdy w życiu nie pozwolę nikomu zakwestionować.

W dobrym momencie wrócił ten temat, w dobrej chwili ten telefon od kumpla. Bo nadciąga coś na kształt uspokojenia. Miniony tydzień był odczłowieczonym maratonem nerwów i nadgodzin; telefonów bez ustanku upominających się o głos; decyzji, z którymi nie chciałam mieć nic wspólnego; ledwie kilku porozumiewawczych spojrzeń, by na sekundę złapać dystans; czas dziwnej samotności tam, gdzie nade wszystko powinna być może nie wspólnota, bo to wymagałoby jakiegoś emocjonalnego zaangażowania, ale lojalna drużyna, w której wali się do jednej bramki, a nie że ktoś do bramki, ktoś inny do kosza, a jeszcze ktoś do dołka z drugiej strony boiska. Dziś był czas na regenerację i zrzucenie tego pancerza, który jutro znów zawiążę ciasno jak gorset. I czas na bananowe trampki.

Brzydal dzielnie znosił moje nieobecności, a także moją milczącą, zjeżoną obecność. W wolnych chwilach, nie zważając na moje marszczenie nosa i niezrozumiałe gulgotanie w mniejszej lub większej złości, wsadzał mnie do samochodu i wywoził w miejsca, które lubię, gdzie w kilka chwil zamieniałam się w łagodne stworzenie o minie zadowolonego lemura. A za niespodziewane Balkon Party należy mu się Pokojowa Nagroda Nobla. I za to, że zna i z powodzeniem stosuje metody panowania nad kapryśną pogodą. I nad kapryśną Złośnicą.

niedziela, 2 czerwca 2013

órlop

Nie przypominało to urlopu z drinkiem z palemką. Nie żeby nie było drinków z palemką, ale nastrój absolutnie nie ten. Teraz dopiero widzę, w jakich byłam strzępach. Wrócił ten niechciany stan, kiedy jedyne na co mam ochotę to gapić się w ścianę, odrzucać połączenia i ignorować wiadomości. W związku z tym przepraszam wszystkich znajomych, których bezczelnie olałam, z którym odwołałam pogaduchy przy wielkim latte, których tekstów nie czytałam (nawet nie zaczęłam), których lekko zaniepokojone zdania najzwyczajniej w świecie ignorowałam. Sorry. Bycie w strzępach ma swoje prawa. Szukałam stabilizacji w starych gazetach, cudzych blogach, w bardzo starych serialach, w czytaniu jednego przewodnika z zieloną okładką, w spędzaniu cudownych chwil z Brzydalem i w słuchaniu jednej tylko piosenki, na okrągło.


Wcale nie mam więcej sił, wcale nie jestem spokojniejsza, wcale nie mam pewności, do czego wracam. Niedobrze wątpić, niemądrze tchórzyć, nierozsądnie nie wiedzieć, na czym się stoi, nie?
Z.