poniedziałek, 10 czerwca 2013

pn

Zadzwonił do mnie kumpel z prośbą o pomoc w ogarnięciu muzycznego materiału, który on chciałby ogarnąć, a wie, że ja go już na swój sposób ogarnęłam dawno temu. Pękłam z radochy, że ktoś w ogóle jeszcze po iluś tam latach wiąże mnie z muzyką i z jakimś tam doświadczeniem, które wprawdzie nabywałam zachłannie i konsekwentnie, ale zdążyło się już ono mocno zakurzyć z nieużywania. Późnym wieczorem zamiast więc wleźć pod nie swoją kołdrę, pogadać kilka minut bez sensu na granicy światów i wyłączyć świadomość na 6 godzin, zaczęłam zagrzebywać się w świat tych wszystkich starych tekstów. Wróciło nagle bardzo wiele obrazów, kilka zapachów, twarze, głosy i spotkania, małe sceny, skrzypiące podłogi, najcenniejsze na świecie próby, wybuchy śmiechu i przeryczane noce. I jak zwykle to dziwne, niechciane „pomiędzy”, świadomość, że całe szczęście, że kiedyś i straszny żal, że już nigdy i koniec, bez dyskusji. Znów przyjdzie mi to czytać, tego słuchać i co ciekawe – o tym pisać. Dobrze będzie skupić myśli na czymś, czego ważności nigdy w życiu nie pozwolę nikomu zakwestionować.

W dobrym momencie wrócił ten temat, w dobrej chwili ten telefon od kumpla. Bo nadciąga coś na kształt uspokojenia. Miniony tydzień był odczłowieczonym maratonem nerwów i nadgodzin; telefonów bez ustanku upominających się o głos; decyzji, z którymi nie chciałam mieć nic wspólnego; ledwie kilku porozumiewawczych spojrzeń, by na sekundę złapać dystans; czas dziwnej samotności tam, gdzie nade wszystko powinna być może nie wspólnota, bo to wymagałoby jakiegoś emocjonalnego zaangażowania, ale lojalna drużyna, w której wali się do jednej bramki, a nie że ktoś do bramki, ktoś inny do kosza, a jeszcze ktoś do dołka z drugiej strony boiska. Dziś był czas na regenerację i zrzucenie tego pancerza, który jutro znów zawiążę ciasno jak gorset. I czas na bananowe trampki.

Brzydal dzielnie znosił moje nieobecności, a także moją milczącą, zjeżoną obecność. W wolnych chwilach, nie zważając na moje marszczenie nosa i niezrozumiałe gulgotanie w mniejszej lub większej złości, wsadzał mnie do samochodu i wywoził w miejsca, które lubię, gdzie w kilka chwil zamieniałam się w łagodne stworzenie o minie zadowolonego lemura. A za niespodziewane Balkon Party należy mu się Pokojowa Nagroda Nobla. I za to, że zna i z powodzeniem stosuje metody panowania nad kapryśną pogodą. I nad kapryśną Złośnicą.

Brak komentarzy: