niedziela, 28 lipca 2013

gwiazda

Teraz. Balkon z widokiem na szyb.
- Gwiazda spadała. Widziałaś? - zauważył Brzydal bez emocji, przeciągle ziewając.
- Widziałam! O Boże! ŻYCZENIE! Aaaa... - myślę intensywnie. - Mam! Nie, zaraz, to się spełniło już! Szybko, drugie, drugie!
Mam nadzieję, że zdążyłam.
Zł.

sobota, 27 lipca 2013

kotwica

Czwartek 25 lipca 2013 r. przechodzi do historii pod znakiem jednej małej kotwicy.


Wydarzenia ostatnich dwóch dni plasują mnie naprawdę wysoko na liście najszczęśliwszych ludzi na świecie.
Jestem też w ścisłej czołówce listy fizycznych i psychicznych wraków, a mój organizm jedyne, co robi, to wyje na alarm i każdą swoją reakcją wprost sugeruje mi, że przegięłam, ze wszystkim. Muszę ogarnąć się jeszcze przed wyjazdem, by później móc już tylko w euforii myśleć, że tak właśnie miało być. I że ktoś mądrzejszy ode mnie to przemyślał, a ja muszę tylko w to uwierzyć i tym przemyśleniom ufać.
Wywracam swoje życie do góry dnem i dawno nie miałam w głowie tak jasno.
Zł.

piątek, 26 lipca 2013

Brzydal nadaje

Nareszcie :-)

koniec przekazu

brz.

poniedziałek, 22 lipca 2013

15 dni do wyjazdu

Kto pamięta, co robił Leon Zawodowiec od razu po przyjściu do domu? Otwierał okno i wystawiał na powietrze kwiatek w doniczce. Od tygodni po przyjściu do domu otwieram balkon i wystawiam mój skrzydłokwiat na rozgrzane kafle, ale dopiero od kilku dni pamiętam o Leonie. Znaczące.

Przeszłam międzyludzki koszmar domysłów, plotek, urażonych ambicji, mniej lub bardziej uzasadnionych wyrzutów, fochów, rozmów i przemilczeń. Dowiedziałam się też, że jestem najgorsza, by dzień później dowiedzieć się z góry samej, że jestem najlepsza. Odchorowałam to wszystko nocnym gapieniem się w ścianę, zdrowotną awarią, zachwianiem prawie rocznego leczenia, spięciem, rozdrażnieniem i nagłymi słowotokami. A już hitem okazało się odkrycie, że na dwie melisy reaguję tak samo jak na dwa piwa: wszechświat kręci mi się w tę złą stronę, sama głowa waży pół tony, a jedyne, czego nie odmawiają moje nogi, to pozycja pozioma i nieruchoma. Nie wiem co dalej, ale jeśli ktoś mi powie, że teraz jestem odporniejsza, to może nawet trochę uwierzę.

Brzydal pozostaje twardzielem i próbuje jak najskuteczniej wmówić mi, że jestem tłumokiem („no przecież ci tłumaczę, tłumoku!”), bo przecież wszystko idzie w dobrą stronę, tylko ja się gubię jak dziecko.

Nadmiar emocji spowodował też, że łatwiej przychodzi nam podejmowanie spontanicznych decyzji. Jako że nasz szanowny ubezpieczyciel krótko i stanowczo odmówił nam ubezpieczenia naszego bolidu na podróż życia do Mołdawii, zmuszeni byliśmy zweryfikować swoje plany, nie zważając na to, że dwa razy przeczytałam przewodnik i na mapie zaznaczyłam pomniki Lenina, postsowieckie hotele, dziesiątki kilometrów podziemnych winnic, po których jeździ się samochodem, tajemniczą Republikę Naddniestrza i nie mniej frapującą autonomiczną Gagauzję (sama nazwa Gagauzja sprawia, że mam ochotę tam jechać, pić mołdawskie wino i spać w jakiejś małej chatce z drągiem pod poduszką, na wypadek gdybym musiała się opędzać od szakali). I kiedy już przestałam po kilku godzinach strzelać fochy i straszyć Brzydala trzema tygodniami w Sosnowcu, zaczęliśmy szukać innego kierunku, który by nas takich zawiedzionych interesował i nie zmuszałby nas tym samym do sprzedania jednego auta albo nerki. Ze stron biur podróży wiało nudą, Zachodem albo orientem. Chcieliśmy Portugalię, ale to wiązałoby się jednak ze sprzedażą rodowych kryształów czy innych kosztowności, których i tak się jeszcze nie dorobiliśmy. Bez przekonania zaczęliśmy się przekonywać do Maroka (bo Marakesz i wielbłądy). I już, już wydawało się nam, że będziemy w Casablance patrzeć sobie w oczy i oglądać zachód słońca w Agadirze, gdy w przypadkowo przeglądanym katalogu Brzydal mój najmilszy znalazł coś, co pozostawia w cieniu Mołdawię, Portugalię i Maroko razem wzięte. Napaliliśmy się tak strasznie, że w godzinę mieliśmy 1. kupiony nowy przewodnik, 2. zrobioną wstępną rezerwację, 3. podpisaną umowę, 4. zapłacony wyjazd bez nerki w barterze, 5. dokupione ubezpieczenie, na wypadek gdybym chciała robić głupoty (do teraz żałuję, że nie skoczyłam na bungee nad Kanałem Korynckim…). Za 15 dni znikamy, mając w planach aż trzy kraje, z czego jednym z nich jaram się tak, jakbym pierwszy raz w życiu wyjeżdżała na wakacje. O tym na dniach coś więcej… Czytam nasz nowy przewodnik i dębieję bardziej z każdą kolejną stroną.

Marzę tylko o tym, by móc wyjechać z trochę spokojniejszą głową. Marzę o tym, żeby wiedzieć, co dalej, jak dalej, z kim, kiedy. Wyjechać też po to, by łatwiej było po powrocie zacząć na czysto.

Trzymajcie kciuki, bardzo Was proszę.
Zł.

piątek, 5 lipca 2013

o śwince Halince

Trzeba wierzyć – mówią, a ja nigdy nie wiem, po co. Trzeba mieć nadzieję. No i że pozytywne myślenie to podstawa. Prycham cynicznie na dźwięk takich rad, bo mam wątpliwości, czy znam kogoś, komu by pomogła wiara, nadzieja i optymizm wbrew sobie, wbrew temu, co się ma we łbie. I że trzeba chcieć, bardzo, tak też mówią, że wtedy większa szansa, że się uda. Talizmany, szczęśliwe drobiazgi, bzdety naładowane energią diabli wiedzą czego. Rany… XXI wiek, a tu same gusła.

Jakbym mało miała wątpliwych atrakcji na co dzień, za nami jeden ślub niedawno i jeden pogrzeb dzisiaj. Źle znoszę i jedno, i drugie. I za mną blisko trzy tygodnie w ciszy i samotności, spięta tak, jakbym czekała na jakiś wybuch. Wiele trudnych telefonów, z których jednak wynikło mi, z kim i na co mogę sobie pozwolić. Odzyskałam też jedną cenną znajomość, dzięki której mogę w ciągu paru minut kilka razy zmieniać nastrój ze śmiechu hrabiego Drakuli na szloch kogoś nagle zupełnie bezradnego.

Poczekaj – słyszę od tych, których mam najbliżej. Czekam. Zmień coś albo się przyzwyczaj – słyszę też coraz częściej i wiem, że nigdy w życiu się nie przyzwyczaję. Może złagodnieję albo spancernieję, ale nie ma to nic wspólnego ze zgodą na zachowania, które później paraliżują mój dobry nastrój i zatruwają te ciepłe noce, kiedy Brzydal spokojnie oddycha na poduszce obok. Ja nie chcę wierzyć w zmiany, nie chcę mieć nadziei na zmiany i nie chcę z optymizmem myśleć, co będzie, jak te zmiany nastąpią. Ja po prostu chcę, by do nich doszło. Jak najszybciej.

Trochę śmiechu też ostatnio było, ale takiego czarnego, żeby oswoić to, co jeszcze czarniejsze. Na przykład wtedy, gdy mój starszy brat przez telefon opowiadał mi, jak o wpół do trzeciej w nocy z latarką, kilofem i łopatą w ogrodzie naszego rodzinnego domu z moimi rodzicami kopał miejsce wiecznego spoczynku dla naszego kochanego, cudnego, mądrego Dolara. Temat sam w sobie ciężki jak katafalk, a jednak wizja trojga dorosłych w środku nocy kopiących kilofem dół była tak groteskowa, że śmiałam się jak ujarany gimnazjalista. Nie zdziwiłabym się, gdyby na osiedlu pojawiła się plotka o jakimś zakopanym u nas skarbie albo bezimiennym trupie.

To historia podobna do tej, gdy mojej przyjaciółce w środku nocy do innego świata odeszła morska świnka Halinka. Przyjaciółka zawodząc żałośnie kategorycznie odmówiła spędzenia w domu nocy z martwą świnką, więc wybranek jej serca został pospiesznie oddelegowany do zorganizowania świeckiego pochówku. Dochodziła trzecia w nocy, gdy na piżamę narzucił stary prochowiec i udał się za blok, w jednej ręce dzierżąc pudełko po butach ze świnką, w drugiej zaś – jedyne dostępne wtedy narzędzie do kopania, czyli łyżkę do zupy. Wśród rozległych terenów parkingu i wszechobecnego betonu, odnalazł nieco bliżej drogi mały trawnik, latarnia dziarsko świeciła, a on kopał. Po chwili z kolan podniósł go niebieski kogut. Gdy policjant zapytał go, co robi, odpadł zgodnie z prawdą, że kopie grób dla Halinki. Chwilę posiedział w radiowozie, jak głupek w tym prochowcu założonym na piżamę, okazał martwą świnkę i został wypuszczony z jakimś pouczeniem.

A dziś na cmentarzu ksiądz szedł przed trumną w sandałach. No i weź się tu nie uśmiechnij...
Zł.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Dolar

Gdyby ktoś pytał, to Dolara już nie ma.
Z.