poniedziałek, 22 lipca 2013

15 dni do wyjazdu

Kto pamięta, co robił Leon Zawodowiec od razu po przyjściu do domu? Otwierał okno i wystawiał na powietrze kwiatek w doniczce. Od tygodni po przyjściu do domu otwieram balkon i wystawiam mój skrzydłokwiat na rozgrzane kafle, ale dopiero od kilku dni pamiętam o Leonie. Znaczące.

Przeszłam międzyludzki koszmar domysłów, plotek, urażonych ambicji, mniej lub bardziej uzasadnionych wyrzutów, fochów, rozmów i przemilczeń. Dowiedziałam się też, że jestem najgorsza, by dzień później dowiedzieć się z góry samej, że jestem najlepsza. Odchorowałam to wszystko nocnym gapieniem się w ścianę, zdrowotną awarią, zachwianiem prawie rocznego leczenia, spięciem, rozdrażnieniem i nagłymi słowotokami. A już hitem okazało się odkrycie, że na dwie melisy reaguję tak samo jak na dwa piwa: wszechświat kręci mi się w tę złą stronę, sama głowa waży pół tony, a jedyne, czego nie odmawiają moje nogi, to pozycja pozioma i nieruchoma. Nie wiem co dalej, ale jeśli ktoś mi powie, że teraz jestem odporniejsza, to może nawet trochę uwierzę.

Brzydal pozostaje twardzielem i próbuje jak najskuteczniej wmówić mi, że jestem tłumokiem („no przecież ci tłumaczę, tłumoku!”), bo przecież wszystko idzie w dobrą stronę, tylko ja się gubię jak dziecko.

Nadmiar emocji spowodował też, że łatwiej przychodzi nam podejmowanie spontanicznych decyzji. Jako że nasz szanowny ubezpieczyciel krótko i stanowczo odmówił nam ubezpieczenia naszego bolidu na podróż życia do Mołdawii, zmuszeni byliśmy zweryfikować swoje plany, nie zważając na to, że dwa razy przeczytałam przewodnik i na mapie zaznaczyłam pomniki Lenina, postsowieckie hotele, dziesiątki kilometrów podziemnych winnic, po których jeździ się samochodem, tajemniczą Republikę Naddniestrza i nie mniej frapującą autonomiczną Gagauzję (sama nazwa Gagauzja sprawia, że mam ochotę tam jechać, pić mołdawskie wino i spać w jakiejś małej chatce z drągiem pod poduszką, na wypadek gdybym musiała się opędzać od szakali). I kiedy już przestałam po kilku godzinach strzelać fochy i straszyć Brzydala trzema tygodniami w Sosnowcu, zaczęliśmy szukać innego kierunku, który by nas takich zawiedzionych interesował i nie zmuszałby nas tym samym do sprzedania jednego auta albo nerki. Ze stron biur podróży wiało nudą, Zachodem albo orientem. Chcieliśmy Portugalię, ale to wiązałoby się jednak ze sprzedażą rodowych kryształów czy innych kosztowności, których i tak się jeszcze nie dorobiliśmy. Bez przekonania zaczęliśmy się przekonywać do Maroka (bo Marakesz i wielbłądy). I już, już wydawało się nam, że będziemy w Casablance patrzeć sobie w oczy i oglądać zachód słońca w Agadirze, gdy w przypadkowo przeglądanym katalogu Brzydal mój najmilszy znalazł coś, co pozostawia w cieniu Mołdawię, Portugalię i Maroko razem wzięte. Napaliliśmy się tak strasznie, że w godzinę mieliśmy 1. kupiony nowy przewodnik, 2. zrobioną wstępną rezerwację, 3. podpisaną umowę, 4. zapłacony wyjazd bez nerki w barterze, 5. dokupione ubezpieczenie, na wypadek gdybym chciała robić głupoty (do teraz żałuję, że nie skoczyłam na bungee nad Kanałem Korynckim…). Za 15 dni znikamy, mając w planach aż trzy kraje, z czego jednym z nich jaram się tak, jakbym pierwszy raz w życiu wyjeżdżała na wakacje. O tym na dniach coś więcej… Czytam nasz nowy przewodnik i dębieję bardziej z każdą kolejną stroną.

Marzę tylko o tym, by móc wyjechać z trochę spokojniejszą głową. Marzę o tym, żeby wiedzieć, co dalej, jak dalej, z kim, kiedy. Wyjechać też po to, by łatwiej było po powrocie zacząć na czysto.

Trzymajcie kciuki, bardzo Was proszę.
Zł.

1 komentarz:

spider-mama pisze...

DOKĄD?