piątek, 5 lipca 2013

o śwince Halince

Trzeba wierzyć – mówią, a ja nigdy nie wiem, po co. Trzeba mieć nadzieję. No i że pozytywne myślenie to podstawa. Prycham cynicznie na dźwięk takich rad, bo mam wątpliwości, czy znam kogoś, komu by pomogła wiara, nadzieja i optymizm wbrew sobie, wbrew temu, co się ma we łbie. I że trzeba chcieć, bardzo, tak też mówią, że wtedy większa szansa, że się uda. Talizmany, szczęśliwe drobiazgi, bzdety naładowane energią diabli wiedzą czego. Rany… XXI wiek, a tu same gusła.

Jakbym mało miała wątpliwych atrakcji na co dzień, za nami jeden ślub niedawno i jeden pogrzeb dzisiaj. Źle znoszę i jedno, i drugie. I za mną blisko trzy tygodnie w ciszy i samotności, spięta tak, jakbym czekała na jakiś wybuch. Wiele trudnych telefonów, z których jednak wynikło mi, z kim i na co mogę sobie pozwolić. Odzyskałam też jedną cenną znajomość, dzięki której mogę w ciągu paru minut kilka razy zmieniać nastrój ze śmiechu hrabiego Drakuli na szloch kogoś nagle zupełnie bezradnego.

Poczekaj – słyszę od tych, których mam najbliżej. Czekam. Zmień coś albo się przyzwyczaj – słyszę też coraz częściej i wiem, że nigdy w życiu się nie przyzwyczaję. Może złagodnieję albo spancernieję, ale nie ma to nic wspólnego ze zgodą na zachowania, które później paraliżują mój dobry nastrój i zatruwają te ciepłe noce, kiedy Brzydal spokojnie oddycha na poduszce obok. Ja nie chcę wierzyć w zmiany, nie chcę mieć nadziei na zmiany i nie chcę z optymizmem myśleć, co będzie, jak te zmiany nastąpią. Ja po prostu chcę, by do nich doszło. Jak najszybciej.

Trochę śmiechu też ostatnio było, ale takiego czarnego, żeby oswoić to, co jeszcze czarniejsze. Na przykład wtedy, gdy mój starszy brat przez telefon opowiadał mi, jak o wpół do trzeciej w nocy z latarką, kilofem i łopatą w ogrodzie naszego rodzinnego domu z moimi rodzicami kopał miejsce wiecznego spoczynku dla naszego kochanego, cudnego, mądrego Dolara. Temat sam w sobie ciężki jak katafalk, a jednak wizja trojga dorosłych w środku nocy kopiących kilofem dół była tak groteskowa, że śmiałam się jak ujarany gimnazjalista. Nie zdziwiłabym się, gdyby na osiedlu pojawiła się plotka o jakimś zakopanym u nas skarbie albo bezimiennym trupie.

To historia podobna do tej, gdy mojej przyjaciółce w środku nocy do innego świata odeszła morska świnka Halinka. Przyjaciółka zawodząc żałośnie kategorycznie odmówiła spędzenia w domu nocy z martwą świnką, więc wybranek jej serca został pospiesznie oddelegowany do zorganizowania świeckiego pochówku. Dochodziła trzecia w nocy, gdy na piżamę narzucił stary prochowiec i udał się za blok, w jednej ręce dzierżąc pudełko po butach ze świnką, w drugiej zaś – jedyne dostępne wtedy narzędzie do kopania, czyli łyżkę do zupy. Wśród rozległych terenów parkingu i wszechobecnego betonu, odnalazł nieco bliżej drogi mały trawnik, latarnia dziarsko świeciła, a on kopał. Po chwili z kolan podniósł go niebieski kogut. Gdy policjant zapytał go, co robi, odpadł zgodnie z prawdą, że kopie grób dla Halinki. Chwilę posiedział w radiowozie, jak głupek w tym prochowcu założonym na piżamę, okazał martwą świnkę i został wypuszczony z jakimś pouczeniem.

A dziś na cmentarzu ksiądz szedł przed trumną w sandałach. No i weź się tu nie uśmiechnij...
Zł.

Brak komentarzy: