sobota, 31 sierpnia 2013

idzie nowe

- O Boże, czuję że jestem częścią czegoś ważnego! – pełnym ekscytacji głosem poinformowała mnie eM, która pomagała mi wyjść z mojego biura i z czwartego piętra znieść do samochodu naręcze betów. Za kierownicą, gdy otwierała mi się przed nosem wielka stalowa brama, powiedziałam tyle słów brzydkich i zwrotów obelżywych, że nie wiedziałam, że tyle znam, a następnie wybuchłam śmiechem i dodałam gazu.

Na światłach eM rzekła: Patrz, obie tak szybko się uwinęłyśmy. Faktycznie, kilka tygodni temu po ostatnim dniu w swojej pracy przyszła po mnie do biura eM, obładowana betami mniej więcej tak jak ja. Odwoziłam ją do domu, gratulowałam że miała odwagę odejść, uspokajałam też trochę i utwierdzałam ją w przekonaniu, że dobrze zrobiła. I wtedy nie przyszło mi nawet do głowy, że tak niewiele czasu minie, gdy sama powielę jej schemat. Najwyraźniej takie rzeczy dzieją się piorunem. Chyba miałyśmy na siebie jakiś wpływ - powiedziała. Chyba tak - przyznałam. Chyba tak.

Nagromadziły mi się znajomości w te blisko 4 lata. Wczoraj dwie godziny chodziłam od drzwi do drzwi, wyłapując znajome twarze i dziękując, bo naprawdę miałam za co. Usłyszałam więcej miłych słów niż się spodziewałam. W najbliższym moim otoczeniu dziwne odrętwienie, momentami nawet wyparcie. Na powoli pakowane pudełko wolał nikt nie patrzeć, a ja nad nim umierałam ze śmiechu: żółta kula odpowiadająca na trudne pytania, melisa, szczoteczka, guma do stawiania irokeza, shaker, gliniany anioł, stare bilety do teatru, kosmetyczka z fioletową krową, same poważne rzeczy, odchodzące razem z poważnym samodzielnym pracownikiem administracji. Koleżanki zaczęły pękać, gdy opustoszała moja wielka korkowa tablica, aż poprosiły, żebym chociaż plakatów nie ściągała, ale eM przypomniała mi, że zostawianie czegokolwiek swojego generalnie szczęścia nie przynosi, mówiąc delikatnie. Zdarłam je więc w kilku podskokach, pozostawiając przestrzeń tak pustą, że nawet ja się na chwilę zlękłam. Ale dzielna byłam, poryczałam się tylko u kadrowej, aż mnie musiała opieprzyć, że sobie rozmażę świadectwo pracy. W najgorszej formie był chyba Pan Mietek, nasz portier, który się we mnie zakochał na samym początku i w swym uczuciu trwał nieprzerwanie imponująco długi czas. Pluszak od Pana Mietka zagląda mi teraz przez ramię, co piszę.

Brzydal moje rozczochrane emocje próbował okiełznać reńskim winem i głaskaniem po głowie, co jak wiadomo w tym zestawieniu ma działanie dalece relaksujące, a także ogranicza śnienie się koszmarów. Sam Brzydal twierdzi, że cieszę się za mało, albo że robię to za mało spektakularnie. Tymczasem on się bardzo, bardzo cieszy obrotem spraw, ale motywacje ma inne. Ja się cieszę, bo idę do miejsca, które mnie kręci. Brzydal się cieszy, bo odeszłam z miejsca, które przestał akceptować.

Na refleksje jeszcze przyjdzie czas. Póki co najważniejsze jest to, że czuję, że tak miało być. Jestem najpewniejsza na świecie, że gdybym nie podjęła tej decyzji, to bym później całe lata żałowała. Już raz to przeszłam, wielkie dzięki, i obiecałam sobie samej więcej takich świństw nie robić.

W poniedziałek o 9 rano zaczynam nową pracę. Tak!!!

Zł.

1 komentarz:

Izabela Mikrut pisze...

o dziewiątej? Taki szef to tyran! ;))))) mrowka