środa, 7 sierpnia 2013

Korfu -> Vlora

- Macie piwo Tirana? – jak się jest na końcu świata, to na myśl przychodzą najprostsze pytania. Jesteśmy w miejscu, które nazywa się jak najprawdziwszy kurort – Porto Palermo – ale jest stuprocentowym zaprzeczeniem pierwszego skojarzenia.
- Tylko Stela, też albańskie. Stela, czyli Stefan i Ela – bez zająknięcia tłumaczy mi kelner.
- Kim jest Stefan? – dociekam.
- Właścicielem.
- A Ela?
- Jego żoną.
Siedzimy na tarasie bezimiennej knajpki. Po jednej stronie mamy twierdzę tureckiego paszy i widok na wydrążone w skale tunele dla okrętów. No i mamy piękną, falującą zatokę. Z drugiej strony jest wielka góra, porośnięta żółtą ostrą trawą i upstrzona gdzieniegdzie tymi słynnymi bunkrami. Jest mega ciepło, a nam w busie wysiadła klimatyzacja. Czekamy, aż z Sarandy przyjdzie inny. Inni poszli się tąkać w zatoce, a my wylądowaliśmy w bezimiennej knajpce w poszukiwaniu piwa Tirana…
Przyfrunęliśmy wczoraj na Korfu. Te kilka godzin, które przyszło nam spędzić na wyspie, upłynęło pod znakiem lotnictwa: nieopodal naszego hotelu przebiegał pas startowy, a bezpośrednio przed nim na przerzuconej przez wodę kładce można było oglądać brzuchy samolotów, które pojawiały się co kilka minut. Takie rzeczy czasem się ogląda w programach podróżniczych. A to tam po prostu jest, a zwiększająca się liczba samolotów wcale nie umniejsza efektu.
Do Sarandy wodolot zamiast promu. Brzydal pochrapywał, choć się teraz wypiera.
Drogi, którymi jeździmy w Albanii, mają dopiero 3, 4 lata. Wcześniej ich po prostu nie było.
Byliśmy w Butrint. Butrint dla odmiany było w tym samym miejscu już 4 wieki przed Chrystusem.
Aaaa autobus z Sarandy. Do Vlory. Jest!
Zł.



Brak komentarzy: