sobota, 3 sierpnia 2013

narozrabiałaś, dziewczynko

- Narozrabiałaś, dziewczynko – rzekł do mnie pan doktor i z rezygnacją podparł dłonią czoło. Wystarczyły mu dwie minuty rozmowy, żeby to powiedzieć. A widział mnie pierwszy raz w życiu. Mądry facet. Mój plan wywracania życia do góry dnem sprawia, że pewnie będę się z nim jeszcze widywać. Już wiem, że będzie mi dobrze u kogoś, kto nie owija w bawełnę i jest po mojej stronie, nawet jeśli narozrabiałam.

Za mną jeden z najdziwniejszych, ale i najbardziej uroczych tygodni od dawna. Kurz rewolucji powoli opadał, w ogóle nie drapał w gardle i nie uczulał. Powoli dociera – i do mnie, i do mojego otoczenia – co się dzieje i jak szybko, czym to grozi i dlaczego, czemu tak się dzieje i jak do tego doszło. Niestety nie wymyślono jeszcze tabletek na wzrost pewności siebie, ale i tak ostatni gabinetowo-apteczny tour sprawił, że jestem zaopatrzona w setki innych specyfików, które mają sprawić, że dam radę i tyle. Odżyłam, nie ma wątpliwości. Śpię jak dziecko po kilka godzin zamiast gapić się w ścianę i zdychać z bólu. Znów zaczęliśmy robić nasze ulubione Balkon Party. Wypiliśmy nasz najstarszy, kilkuletni piwniczkowy Tokaj, bo uznaliśmy, że lepszej okazji już nie będzie. Zaczęliśmy z buta chodzić do centrum, żeby wyluzować się w jakimś ogródku i czasem nawet piszczeć w kurtynie wodnej. Tzn. ja piszczę, a Brzydal udaje, że mnie nie zna.

Trochę większy spokój w głowie sprawił, że znów wciągnęło mnie między ludzi. Kilka najbliższych osób chciałam bardzo wstępnie i po cichu lojalnie poinformować, że hmm, no wiesz, tak wyszło, że pffff, zmiaaaaany…, ale im ciszej i spokojniej próbowałam przekazać wieści, tym późniejszy pisk radości osoby informowanej był dłuższy i głośniejszy, tym chętniej się do mnie przyklejano w uścisku mogącym powodować pękanie żeber, cmokano mnie w czoło, w nos i w policzki i klepano po plecach jak starego chłopa. I choć na 90% pytań moja jedyna szczera odpowiedź wciąż brzmi „nie wiem”, to w ciągu kilku tygodni będę już mogła odpowiedzieć inaczej na większość z nich. Taką mam nadzieję.

Wyjeżdżamy we wtorek, a ja jestem w lekkiej organizacyjnej rozsypce. Z myślą o wyjeździe kupiłam trzy cudowne książki, ale już niestety dwie z nich zdążyłam przeczytać. Gdzieniegdzie piętrzą się stosy kolorowych ciuchów i wiją się kable ładowarek, a mieszkanie zaczyna przypominać miejsce obozowania całego taboru. A mnie zamiast paniki ogarnia najzwyklejszy poranny chillout, który pozwolił mi o 7 rano wystawić na balkon nasz największy fotel, by w piżamce z kompem na kolanach i z kubkiem kawy gapić się w niebo. Znów jestem w sobą i tyle w temacie.
Zł.

Brak komentarzy: