piątek, 23 sierpnia 2013

reset

W dzień powrotu rozmawiałam przez telefon z koleżanką. Powiedziałam jej, że czuję się genialnie, że mam jasno w głowie i że wszystko zrozumiałam, że to jest jakaś gigantyczna przepaść, że czuję się jak ktoś inny, albo nie, jak ja sprzed 2, 3 lat, o ile mnie pamięta z tamtego czasu. Przede wszystkim taką cię pamiętam - powiedziała. - Boże, jak się cieszę, że to ty.

W dzień powrotu do kraju byliśmy na nogach od 4 rano. Po kilku godzinach stanęliśmy na krakowskiej ziemi bladzi, padnięci i zmarznięci tymi polskimi 16 stopniami. Ale wystarczyło chwilę odpocząć w mieszkaniu z widokiem na szyb, bym poczuła, jak zalewa mnie fala pozytywnych emocji, starannie magazynowanych i hodowanych przez dwa tygodnie. Tych emocji były miliardy. Do teraz skórę mam ciepłą od słońca.

Obrazy przeskakują mi przed oczami jak przewijane na negatywach. Z samolotu patrzę na albańskie góry i porty, przesuwając jednocześnie palec po mapie i mrucząc pod nosem: Vlora, Durres, Saranda. Te samoloty na Korfu, przez które czułam się jak w wesołym miasteczku. Odprawa graniczna, jakbyśmy się wybierali na koniec świata. Dziesiątki walących się domów. Setki wyblakłych wisielców-pluszaków. Teatr w Butrincie i kilkuletni Albańczyk, który na dźwięk polskiej mowy zareagował błyskawicznie: Błaszczykowski! Lewandowski! Piszczek! Ogromna Vlora, nocny oddech dużego miasta i gwar nadmorskiego kurortu. Góry, przepaście, zarwane pobocza, osły. Historie o Hodży zupełnie przerażające i nieprawdopodobne. Berat gorący ekstremalnie, słońce przypiera do białych murów. Miejsca, w których to turysta jest atrakcją. Brzydal z ośmiu giga muzyki wyciąga takie muzyczne durnoty, że tworzy się nam osobliwy podróżniczy soundtrack. Minarety, twierdze wysoko na wzgórzach, trochę Turków, trochę Rzymian, trochę Wenecjan, trochę Chińczyków. Bunkry. Uważajcie, zazwyczaj węże się tam wygrzewają. Setki tysięcy gigantycznych agaw, na których życie mieli tracić imperialiści napadający na Albanię z powietrza, na spadochronach. Więcej bunkrów. Obok przejścia granicznego z Czarnogórą jeden facet ma w ogródku trzy takie betonowe pieczarki. Albo był przodownikiem, albo rodzinę miał bardzo liczną. Cudny rejs Boką Kotorską. Jak w ogóle mogłam nie chcieć? Najpiękniej na świecie. Miliard zdjęć. Brzydal nie uznaje zdjęć, na których nie ma mnie. Kotor i Budva na żywo jeszcze ładniejsze niż na pocztówkach. Bratanie się z ludźmi na bazarze. Butelki bez etykiet, oliwki w kilkunastu kolorach, figi wielkie jak tenisowe piłki. Spontaniczna impreza urodzinowa. Dzień później – uwaga – świętowanie ogłoszonego przez współtowarzyszy podróży Dnia Nauczyciela (okazje trzeba tworzyć, a nie na nie czekać). Brzydal pilnuje kubeczków. W Czarnogórze nie chodzi się do teatru. Jeśli jakiś chłopak na pierwszą randkę zaprosi dziewczynę do teatru, to ma jak w banku, że do drugiej randki nie dojdzie. Kruja i pomnik Busha i knajpa, w której pił kawkę. Skromniacha, pomnik w mieście Skandenbega. Ulewa wysoko w górach, w kilka minut szczyty we mgle białej jak mleko. Brzydal zarządza wymarsz. Najwyżej czarownice się rozpuszczą. Przepyszne coś, co miejscowi nazywają tavaleo. I burek, którego nie robi się z psa. W przemoczonych sandałach do Tirany, w kolejną ścianę wody. Zamiast jechać na główny plac miasta, zaszywamy się w kilkanaście osób w knajpie obok hotelu i do północy płaczemy ze śmiechu. Historia o pawiu szkolonym do wykrywania narkotyków. Poranny kryzys energetyczny w Durres zażegnany dzięki widokowi na ogromny port z wysokości kilkunastu pięter. W dole plastikowe wesołe miasteczko wciśnięte między heroicznych komunistycznych żołnierzy na cokołach. Czarna plaża. W górach nagle kończy się droga, tak po prostu. Stada kóz, facet na osiołku, tumany kurzu, pęki górskiej herbaty. Co kawałek groteskowe krystalicznie czyste źródełka i niebieskie pstrągi, jakby je ktoś obtoczył w brokacie. Słucham wszystkich teatralnych piosenek, jakie mam. Gjirokaster. Dachy raz szare, raz srebrne. Ostatki sił, żeby się wdrapać na sam szczyt, spojrzeć z góry na dom Hodży, obejrzeć zamczysko, samolot, zamknąć oczy i słuchać, jak trzepoczą flagi. Wielki pokój pełen górskiego powietrza i znów sen o 2, 3 godziny zbyt krótki. Coraz trudniej otworzyć oczy i wyglądać jak człowiek, ale kto by spał mogąc jeszcze wyjść, popatrzeć, pogadać, pooddychać, zdjęcia przejrzeć, przeczytać kawałek albańskiej powieści „Psia skóra”. Nie pamiętam momentu zasypiania, ostatnich słów przed zaśnięciem, a przecież rozmawialiśmy non stop, godzinami, o ważnych rzeczach, o bzdetach, półsłówkami, czasem jak szyfrem, czasem bez słów zupełnie.

Ostatni rzut oka na Albanię ze szczytu górującego nad Sarandą. Korfu widać jak na dłoni. Na statku sól osiada w gardle, a ja patrzę tylko za siebie, jak niknie niebieska świątynia Bektaszytów, jak znika posterunek graniczny, oddala mi się kraj, któremu życzę jak najlepiej, który musi znaleźć jeszcze więcej siły, żeby się podnieść po tym, co zafundowała mu historia, ale nie ta wielowiekowa, tylko ta całkiem niedawna.

W wilgotnej morskiej mgiełce znika coś, dla czego warto było sprawdzać granice własnej wytrzymałości, łykać garściami kolorowe tabletki, szaleć, szumieć i nie myśleć o konsekwencjach. Coś takiego, co sprawia, że na wiele spraw można spojrzeć z innej perspektywy, puścić je samopas i pozwolić im się na nowo poukładać, jak klockom w tetris. Jakby ktoś nacisnął wielki czerwony przycisk z napisem RESET. Zresetowała mi się głowa i dopiero po tym resecie dotarło do mnie, w jak fatalnym stanie byłam przez ostatnie tygodnie, do jakiego doprowadziłam się stanu, może też co mi w głowie narobili inni i jak potwornie nie umiałam tego ogarnąć. I tak myślałam o tym wszystkim na promie z Saranady do Korfu i pierwszy raz od dawna poczułam, że będzie naprawdę dobrze. Myśl ta towarzyszyła mi podczas leniwego tygodnia na północnym wybrzeżu wyspy. I myśl ta towarzyszy mi teraz, powoduje że śpiewam w kuchni i tańczę pod prysznicem. Spowodowała też, że mimo urlopu spędziłam teraz dwa dni w moim biurze, pisząc, poprawiając, latając z papierami i próbując okiełznać najzwyklejszy ludzki strach przed tym, co nowe, obce i jeszcze zupełnie nie moje.

Najważniejsze teraz to jak najdłużej utrzymać w głowie ten entuzjazm, który ze sobą przywiozłam, w zgodzie z cząsteczkami adrenaliny wielkości ping pongów, bo takie właśnie zaczynają mi krążyć w krwioobiegu. Przede mną tydzień, dla którego może zabraknąć skali trudności. Przed wyjazdem na megaważnym spotkaniu osobiście przekonywałam mojego Szefa Nad Szefami, że instytucja, w której oboje pracujemy, to przede wszystkim ludzie, a ludzie to przede wszystkim emocje. Teraz przychodzi mi przekonywać się o tym osobiście. Taka trochę operacja na otwartym sercu. Moim. Już nawet nikogo nie proszę o trzymanie kciuków. Teraz już muszę sobie dać radę sama, żeby z całej sytuacji wyjść z twarzą. I od razu nie stracić twarzy na wejściu.
Zł.

Brak komentarzy: