niedziela, 29 września 2013

trzeci rząd

Dobrze było zaczaić się na widowni i zobaczyć spektakl, którego premiera kilka miesięcy temu zgniotła mnie jak puszkę po coli i na długie tygodnie zagnieździła mi się w głowie. Dobrze było zobaczyć to znów i popatrzeć na całość dużo spokojniej i – jak się okazało – dużo chłodniej. Ale przyznaję, myślami byłam gdzieś indziej, choć niedaleko. Musiałam się też z tej widowni urwać kilka minut przed czasem, co z kolei daje idealny pretekst, by pójść tam znów na to samo.
A później jeszcze była druga widownia, dużo dźwięków i słów, które lubię tak samo jak cztery i pół roku temu, kiedy się z nimi pierwszy raz zderzyłam. Uśmiałam się tam jak fretka, choć może nie powinnam, i od pierwszej do ostatniej minuty żałowałam, że mam miejsce w trzecim rzędzie, a nie w trzecim rzędzie od końca. Trzeci rząd to co najmniej o trzy za blisko.
Nocny powrót do domu i muzyka znów zbyt głośna, i ten Roździeń za szybki i jeszcze ból głowy zdecydowanie zbyt intensywny. Wszystkiego zbyt dużo, a jednak nie wiem, czy umiałabym z którejkolwiek emocji zrezygnować. Cudna była ta Noc...
zł.

czwartek, 26 września 2013

złe kołysanki

To, że gadam przez sen, to norma. Przyszło nowe: zaczęłam łazić nocami po mieszkaniu. I to nie tak, że raz. Rekord to trzy spacery jednej nocy. Nie pomaga ani zaparzanie zielska przed snem, ani nawet aerobik na basenie, ani czytanie nowego Białasa: ostatniej nocy gadając jak zwykle pełnymi zdaniami próbowałam zejść z łóżka głową w dół, ale czujny Brzydal wciągnął mnie z powrotem, zanim łukiem brwiowym napotkałam na szafkę nocną (czujny, ale też coraz bardziej zirytowany i w zderzeniu z moimi nocnymi demonami coraz bardziej bezsilny). Mówił coś nawet o zamontowaniu po mojej stronie łóżka szczebelków i odbojników. Była też mowa o ewentualnym przywiązywaniu do łóżka i zamykaniu sypialni na klucz. A najbardziej przerażające jest to, że którejś nocy rozmawiałam przez telefon. To znaczy mówiłam do telefonu, choć bez nawiązywania połączenia. Jeszcze bez. Kwestia czasu.

Do snu aplikujemy sobie złe kołysanki Doktora Misia albo najmilsze na świecie dźwięki Myrry Rós (zmieniam Doktora na Myrrę w momencie gdy wiem już, że Brz. nie będzie protestował). Marzą mi się oba te koncerty i oba są w zasięgu ręki, a ja nie mam siły porządnie tego zaplanować. Póki co w planach sobota na widowni. Nareszcie...

z.

sobota, 21 września 2013

cień własnego skoczka

Wtorek, godz. 21.00. Brzydal: „Wyglądasz jak zwłoki i jak cień własnego skoczka”.*

Środa, godz. 18.00. U fryzjerki: „ – I jak ci tam? – Super, nie widać? – Hm. Wyglądasz na potwornie zmęczoną”.

Czwartek, godz. 21.00. Brzydal: „Wyglądasz jakbyś wróciła z pracy, ale z tej poprzedniej”.

A w niedzielę u rodziców wyglądałam tak, że moja Babcia, lat 93, dała mi w prezencie opakowanie swojego Centrum Silver.

Nie może tak być. Nie po to zmieniłam otoczenie, żeby wyglądać i czuć się jak zmora, szczególnie w domu – Brzydal widuje mnie rzadko, tzn. rano widuje jedynie hałdę z kołdry i wierzy, że jestem gdzieś pod spodem, a wieczorem przypominam owinięte od góry do dołu w polary rozczochrane stworzenie, które coś pod nosem mruczy o obcych ludziach. Najłatwiej będzie zacząć się wysypiać, ale to wiąże się z usunięciem z głowy miliarda skłębionych myśli, które wmawiają mi, że o czymś zapomniałam, że coś zgubiłam, spartoliłam, zacisnęłam albo zarżnęłam żywcem. Musi mi się też przestać śnić, że dostaję maile i muszę przestać słyszeć przychodzące sms-y, które nie przychodzą. Takie trochę pranie mózgu. Na emocjach różne bzdury się robi. Na liście hitów wysoko plasuje się zwlekanie z łóżka w sobotę o 7 rano, bo wydaje mi się, że jest poniedziałek, ale w górę pnie się też wczorajsza akcja zalewania kubka z rozpuszczalną kawą absolutnie zimną wodą. Bez świadków się to odbyło, całe szczęście, więc mogłam w naszej ekstremalnie maleńkiej kuchence oprzeć czoło o drzwi i parsknąć ze śmiechu nad własną głupotą.

Ale wymiękam dopiero wieczorami, za dnia trzymam się jak umiem, a lepiej ode mnie trzyma się tylko mój własny irokez (tak! powrócił i jest w formie). Kilka eklektycznych dni za mną, fruwające papiery, zbuntowany ekspres, dzikie porządki, wprowadzanie zasad feng shui na terenie biura i rozczulająca akcja z wielkim, ohydnym, czarnym fotelem. Sto spraw, które próbuję jakoś uporządkować, co nie jest łatwe, bo przez prawie 30 lat życia wokół siebie tworzyłam przede wszystkim spiętrzony bałagan. Ale znajdę ten wzór na porządek, wyryję go na pamięć i zacznie to funkcjonować tak, że nie będzie obciachu.

Mnóstwo planów na weekend, Targi Książki na początek i silne postanowienie, żeby nie wydać tyle kasy co rok temu, bo to niemądre i szczeniackie. W planach też nie wyglądać w poniedziałek jak zombie…
Zł.

* A cień własnego skoczka wziął się stąd.

PS Kilka dni temu siedziałam z eM (z tą, która pomagała mi się wynieść ze starego biura) w Fartuchu na Żytniej. Dopiero zaczęłyśmy gadać, padło oczywiste "mów, jak tam jest!" i nagle zadzwonił telefon. Muszę odebrać - rzuciłam tylko i zniknęłam za winklem. Po pięciu minutach z błogą miną wróciłam do stolika uśmiechnięta jak głupek. Na to eM: "dobra, ja już wszystko rozumiem. Już nie musisz nic mówić". Ha! :-D

sobota, 14 września 2013

zegarek

Nowa praca zamordowała mój zegarek. W kilka chwil przestał być zdatny do noszenia, rozsypał się nagle przy biurku, co mnie martwi, bo nie dość, że był uroczy i jedyny, to jeszcze miał wartość sentymentalną: kupiłam go za pierwszą wypłatę z mej Poprzedniej Instytucji i generalnie całkiem dobrze mi się kojarzył. Zawodziłam wieczorem w domu Brzydalowi, że żal trochę, a on na to, że skoro był z kasy Stamtąd, to najwyraźniej przyszedł już czas na niego, mam sobie kupić nowy, fajniejszy i już o tym nie myśleć. Hm. Czy tylko mnie się wydaje, że Brzydal (biorąc pod uwagę jego niechęć do Poprzedniej Instytucji) może mieć coś wspólnego z zamordowaniem zegarka…? Oczywiście idzie w zaparte, ale nie jakoś przekonująco.

Ostatniego dnia pracy Tamże dostałam od moich dziewczyn bardzo wielką ramkę z różnymi durnymi zdjęciami, utrwalającymi chwile, kiedy było tam naprawdę zabawnie. Przytargałam ją do domu, uspokajając jednocześnie Brzydala, że przecież to nigdzie nie zawiśnie, tylko muszę się zastanowić, co z tym zrobić. Nie zdążyłam się jednak zastanowić, bo ramka zniknęła już następnego dnia, gdy jeszcze spałam. Brzydal początkowo w ogóle odmawiał odpowiadania na pytania dotyczące ramki, a później wkręcał mi, że kazałam mu ją wynieść na hasiok, co też rzekomo pospiesznie uczynił.

Tydzień minął jak pstryknięcie i zniosłam go dużo lepiej niż ten poprzedni. Wirują mi nad głową nazwiska, daty i sprawy, które próbuję złapać i zatrzymać na chwilę, żeby im się przyjrzeć i poznać bliżej. Potrzebna mi jest taka siatka na motyle, tylko że na myśli. Powoli organizuję przestrzeń wokół siebie i zaczynam stawiać granice tej przestrzeni – bez tego nie poczuję się normalnie, nie poczuję że właśnie tam jest moje miejsce.

Ale ma to wszystko sens. Mają sens te emocje i ta adrenalina i to że nie pamiętam, kiedy się tak czułam ostatnio. I nakręcanie się na nowe i na nieznane, na numery bez nazwiska i daty bez godzin, na kilka minut spokojnej rozmowy, kiedy wokół wszystko zaczyna zwalniać w najzwyklejszym popołudniowym zmęczeniu. Rozumiecie?

Złośnica

poniedziałek, 9 września 2013

wodnik

Mama mnie rozwala: przez wszystkie moje życiowe zawirowania, które ostatnio zafundowałam najbliższym, zaczęła czytać horoskopy. Ale nie swoje, tylko właśnie moje, najwyraźniej po to, by utwierdzić się w przekonaniu, że jest dobrze. Wycina mi więc te przepowiednie dla Wodników i ubaw mamy przedni, bo w sumie elegancko to wszystko wygląda. Przytwierdzam kolejne papierki do naszej lodówki, Brzydal to czyta i podejrzewa Mamę, że sama to wszystko pisze, bo podejrzanie za dużo się zgadza.



I choć pół dnia padało, to całkiem słoneczny ten poniedziałek: wróciłam do domu, gdy było już ciemno, ale czekało na mnie pięć słoneczników. Jeszcze lato w głowie.
Zł.

sobota, 7 września 2013

świeżak

Czwartkowe popołudnie, telefon. Kolega z byłej pracy.
- Tak tylko dzwonię…
- Stało się coś?
- Nie. Po prostu nie mam tu już z kim gadać.

Rany. Zmiękczył mnie trochę, przyznaję, bo jeśli za czymś stamtąd trochę tęsknię, to chyba właśnie za uroczą mrukowatością tego gościa i za świadomością, że zawsze mogłam na niego liczyć, mimo że nasze działania niemal nie miały punktów stycznych (i za jego nieprzyzwoicie niebieskimi oczami także). Wypytywał mnie też, czy żyję i czy nie mam ochoty głową w dół skoczyć do Rawy. I obiecał, że jeszcze będzie się odzywał. Dobrze. Pozostałe maile i telefony z byłej pracy, pojawiające się niemal codziennie i dotyczące moich dotychczasowych działań, traktuję zupełnie bez emocji.

Swoją drogą, minął dopiero tydzień, a ja czuję się tak, jakby od mojego dotychczasowego życia minęły lata świetlne.

Żyję i nie mam ochoty głową w dół skoczyć do Rawy. Mam świadomość, że im dłużej będę się dzielnie trzymać, tym lepiej dla mnie i dla mojego nowego otoczenia, które jeszcze nie bardzo wie, jak mnie traktować, jak ze mną gadać i czego się po mnie spodziewać. „Jesteś w dobrej sytuacji, zaczynasz od zera, możesz być kim chcesz” – napisała mi na fejsie jedna z koleżanek, a ja palnęłam się otwartą dłonią w czoło, bo nie rozumiem, czemu nagle miałabym chcieć stać się kimś innym niż byłam. Może dla własnego dobra powinnam sobie sama napisać strategię wizerunkową, z pełną analizą szans i zagrożeń albo kupić poradnik o tym, jak przez pierwsze 8 godzin pracy nie zrazić do siebie 50 obcych osób? Teraz już i tak po ptokach: pierwsze wrażenie ma to do siebie, że często bywa ostatnim. Już i tak bardzo wiele osób zdążyło sobie mnie obejrzeć jak eksponat, zadać kilka powtarzających się pytań, spojrzeć na mnie zza winkla albo – niestety – z góry. Zdarza się. Mogę co najwyżej po cichu prychnąć w papiery i tak długo powtarzać w myślach „phi!” aż zakręci mi się w głowie.

Mimo uwag i docinków, że cieszę się za mało i w ogóle nie intensywnie, spieszę donieść, że cieszę się bardzo i że przyfruwam sobie (metr nad ziemią) odpowiednio wcześniej do pustego biura, żeby włączyć muzykę na kompie, zagotować wodę, pootwierać okna i pogapić się na główną ulicę. A popołudniu wyfruwam (tak samo metr nad ziemią) w podobnej formie jak rano, tylko trochę zmęczona własną niewiedzą i zmierzwiona emocjami, które nie mieszczą się w szufladach i odmawiają wpięcia do segregatora. I z którymi jak zwykle sobie wcale nie radzę. A przecież staram się w ogóle nie dopuszczać do głosu emocji, bo to gówniarskie, ale to niełatwe: wczoraj byłam w kilku takich miejscach, że czułam się jak w wesołym miasteczku, chciałam wszystkiego dotknąć i szczerzyłam się jak ujarana, budząc żywe zainteresowanie osób, na których ich własne otoczenie nie robi żadnego, ale to żadnego wrażenia. A ja w euforii. Czyli gówniara jednak. I świeżak. Ktoś tam tak o mnie powiedział: świeżak. Już nawet nie wiem kto, pierwszego dnia otaczał mnie tłum bez twarzy. Świeżak. Podoba mi się nawet, do tego stopnia, że drugiego dnia już sama o sobie powiedziałam: Bo ja jestem świeżak.

Cieszę się więc, ale po swojemu, bez zbędnych fajerwerków, bo to nie o to chodzi, bez pisków i nagłych wybuchów entuzjazmu. To, że się cieszę, to znaczy że zasypiam spokojniej i że chce mi się rano otwierać oczy, że nie dostaję zawału na sam dźwięk komórki i że jak ktoś pyta, jak jest, to odpowiadam „ok.”, a nie „daj spokój”. Cieszę się z każdego złapanego przypadkiem uśmiechu i chciałabym, żeby tak zostało.

Świeżak

niedziela, 1 września 2013

jak by nie miało być

Od 24 godzin tylko to:
Całkiem możliwe, że z wczorajszego wieczoru w pamięci zostanie mi wyłącznie ta jedna piosenka. Albo raczej piosenka, minimalistycznie wykonana tam na zimnie i w ciemności, w zestawie z moją nagłą rozsypką. Masakra, aż tak się dać rozbroić w trzy sekundy. I weź tu się jeszcze później pozbieraj i wyglądaj jak człowiek... Sezon się zbliża, czas zmienić tusz na wodoodporny.
Choć przyznaję też, że dawno się tak nie uśmiałam z głupot, co mi się bardzo, bardzo przydało. No i słyszeć, jak Brzydal obok ze śmiechu traci oddech - bezcenne.
Trochę się boję, że jeśli jeszcze raz puszczę w domu ten kawałek, to Brz. wykwateruje mnie na noc na balkon. Ale chyba spróbuję...
Zł.