sobota, 21 września 2013

cień własnego skoczka

Wtorek, godz. 21.00. Brzydal: „Wyglądasz jak zwłoki i jak cień własnego skoczka”.*

Środa, godz. 18.00. U fryzjerki: „ – I jak ci tam? – Super, nie widać? – Hm. Wyglądasz na potwornie zmęczoną”.

Czwartek, godz. 21.00. Brzydal: „Wyglądasz jakbyś wróciła z pracy, ale z tej poprzedniej”.

A w niedzielę u rodziców wyglądałam tak, że moja Babcia, lat 93, dała mi w prezencie opakowanie swojego Centrum Silver.

Nie może tak być. Nie po to zmieniłam otoczenie, żeby wyglądać i czuć się jak zmora, szczególnie w domu – Brzydal widuje mnie rzadko, tzn. rano widuje jedynie hałdę z kołdry i wierzy, że jestem gdzieś pod spodem, a wieczorem przypominam owinięte od góry do dołu w polary rozczochrane stworzenie, które coś pod nosem mruczy o obcych ludziach. Najłatwiej będzie zacząć się wysypiać, ale to wiąże się z usunięciem z głowy miliarda skłębionych myśli, które wmawiają mi, że o czymś zapomniałam, że coś zgubiłam, spartoliłam, zacisnęłam albo zarżnęłam żywcem. Musi mi się też przestać śnić, że dostaję maile i muszę przestać słyszeć przychodzące sms-y, które nie przychodzą. Takie trochę pranie mózgu. Na emocjach różne bzdury się robi. Na liście hitów wysoko plasuje się zwlekanie z łóżka w sobotę o 7 rano, bo wydaje mi się, że jest poniedziałek, ale w górę pnie się też wczorajsza akcja zalewania kubka z rozpuszczalną kawą absolutnie zimną wodą. Bez świadków się to odbyło, całe szczęście, więc mogłam w naszej ekstremalnie maleńkiej kuchence oprzeć czoło o drzwi i parsknąć ze śmiechu nad własną głupotą.

Ale wymiękam dopiero wieczorami, za dnia trzymam się jak umiem, a lepiej ode mnie trzyma się tylko mój własny irokez (tak! powrócił i jest w formie). Kilka eklektycznych dni za mną, fruwające papiery, zbuntowany ekspres, dzikie porządki, wprowadzanie zasad feng shui na terenie biura i rozczulająca akcja z wielkim, ohydnym, czarnym fotelem. Sto spraw, które próbuję jakoś uporządkować, co nie jest łatwe, bo przez prawie 30 lat życia wokół siebie tworzyłam przede wszystkim spiętrzony bałagan. Ale znajdę ten wzór na porządek, wyryję go na pamięć i zacznie to funkcjonować tak, że nie będzie obciachu.

Mnóstwo planów na weekend, Targi Książki na początek i silne postanowienie, żeby nie wydać tyle kasy co rok temu, bo to niemądre i szczeniackie. W planach też nie wyglądać w poniedziałek jak zombie…
Zł.

* A cień własnego skoczka wziął się stąd.

PS Kilka dni temu siedziałam z eM (z tą, która pomagała mi się wynieść ze starego biura) w Fartuchu na Żytniej. Dopiero zaczęłyśmy gadać, padło oczywiste "mów, jak tam jest!" i nagle zadzwonił telefon. Muszę odebrać - rzuciłam tylko i zniknęłam za winklem. Po pięciu minutach z błogą miną wróciłam do stolika uśmiechnięta jak głupek. Na to eM: "dobra, ja już wszystko rozumiem. Już nie musisz nic mówić". Ha! :-D

Brak komentarzy: