sobota, 7 września 2013

świeżak

Czwartkowe popołudnie, telefon. Kolega z byłej pracy.
- Tak tylko dzwonię…
- Stało się coś?
- Nie. Po prostu nie mam tu już z kim gadać.

Rany. Zmiękczył mnie trochę, przyznaję, bo jeśli za czymś stamtąd trochę tęsknię, to chyba właśnie za uroczą mrukowatością tego gościa i za świadomością, że zawsze mogłam na niego liczyć, mimo że nasze działania niemal nie miały punktów stycznych (i za jego nieprzyzwoicie niebieskimi oczami także). Wypytywał mnie też, czy żyję i czy nie mam ochoty głową w dół skoczyć do Rawy. I obiecał, że jeszcze będzie się odzywał. Dobrze. Pozostałe maile i telefony z byłej pracy, pojawiające się niemal codziennie i dotyczące moich dotychczasowych działań, traktuję zupełnie bez emocji.

Swoją drogą, minął dopiero tydzień, a ja czuję się tak, jakby od mojego dotychczasowego życia minęły lata świetlne.

Żyję i nie mam ochoty głową w dół skoczyć do Rawy. Mam świadomość, że im dłużej będę się dzielnie trzymać, tym lepiej dla mnie i dla mojego nowego otoczenia, które jeszcze nie bardzo wie, jak mnie traktować, jak ze mną gadać i czego się po mnie spodziewać. „Jesteś w dobrej sytuacji, zaczynasz od zera, możesz być kim chcesz” – napisała mi na fejsie jedna z koleżanek, a ja palnęłam się otwartą dłonią w czoło, bo nie rozumiem, czemu nagle miałabym chcieć stać się kimś innym niż byłam. Może dla własnego dobra powinnam sobie sama napisać strategię wizerunkową, z pełną analizą szans i zagrożeń albo kupić poradnik o tym, jak przez pierwsze 8 godzin pracy nie zrazić do siebie 50 obcych osób? Teraz już i tak po ptokach: pierwsze wrażenie ma to do siebie, że często bywa ostatnim. Już i tak bardzo wiele osób zdążyło sobie mnie obejrzeć jak eksponat, zadać kilka powtarzających się pytań, spojrzeć na mnie zza winkla albo – niestety – z góry. Zdarza się. Mogę co najwyżej po cichu prychnąć w papiery i tak długo powtarzać w myślach „phi!” aż zakręci mi się w głowie.

Mimo uwag i docinków, że cieszę się za mało i w ogóle nie intensywnie, spieszę donieść, że cieszę się bardzo i że przyfruwam sobie (metr nad ziemią) odpowiednio wcześniej do pustego biura, żeby włączyć muzykę na kompie, zagotować wodę, pootwierać okna i pogapić się na główną ulicę. A popołudniu wyfruwam (tak samo metr nad ziemią) w podobnej formie jak rano, tylko trochę zmęczona własną niewiedzą i zmierzwiona emocjami, które nie mieszczą się w szufladach i odmawiają wpięcia do segregatora. I z którymi jak zwykle sobie wcale nie radzę. A przecież staram się w ogóle nie dopuszczać do głosu emocji, bo to gówniarskie, ale to niełatwe: wczoraj byłam w kilku takich miejscach, że czułam się jak w wesołym miasteczku, chciałam wszystkiego dotknąć i szczerzyłam się jak ujarana, budząc żywe zainteresowanie osób, na których ich własne otoczenie nie robi żadnego, ale to żadnego wrażenia. A ja w euforii. Czyli gówniara jednak. I świeżak. Ktoś tam tak o mnie powiedział: świeżak. Już nawet nie wiem kto, pierwszego dnia otaczał mnie tłum bez twarzy. Świeżak. Podoba mi się nawet, do tego stopnia, że drugiego dnia już sama o sobie powiedziałam: Bo ja jestem świeżak.

Cieszę się więc, ale po swojemu, bez zbędnych fajerwerków, bo to nie o to chodzi, bez pisków i nagłych wybuchów entuzjazmu. To, że się cieszę, to znaczy że zasypiam spokojniej i że chce mi się rano otwierać oczy, że nie dostaję zawału na sam dźwięk komórki i że jak ktoś pyta, jak jest, to odpowiadam „ok.”, a nie „daj spokój”. Cieszę się z każdego złapanego przypadkiem uśmiechu i chciałabym, żeby tak zostało.

Świeżak

Brak komentarzy: