wtorek, 1 października 2013

powódź

Od kilku nocy udaje mi się nie opuszczać łóżka celem zwiedzania mieszkania, znów jedynie wygłaszam monologi lub prowadzę ożywioną konserwację diabli wiedzą z kim. Dziś jednak doszedł kolejny element: moje nocne alter ego nie miało oporów przed używaniem w nocy przedmiotów będących w zasięgu ręki. Nie przerywając sobie gadania, sięgnęłam śmiało po paczkę chusteczek i jakie było moje zdziwienie gdy odkryłam, że po drodze po chusteczki moja dłoń napotkała na szklankę wypełnioną wodą. Szklanka oczywiście wykonała zgrabny fik!, a woda, która się wylała, okazała się mieć dziesięciokrotnie większą objętość niż w tej szklance. No i powódź. O drugiej trzydzieści. Na liście przedmiotów poszkodowanych w powodzi znalazły się m.in.: moja prywatna komórka (służbowa śpi w salonie), pilot do wieży, „Puder i pył” Białasa (kilka stron do końca), „Sklep przy głównej ulicy” Grosmana (gdzieś za połową, czytam znów i sprawdzam, czy mnie zmiecie tak jak za pierwszym razem), „Bukareszt. Krew i kurz” Rejmerowej (ledwie tknięta i piekielnie nęcąca), wydruk sztuki „Trash story” Fertacz, płyta Doktora Misia „Młodzi”, para mega futrzanych skarpetek a’la muppet show i wielkie zdjęcie z początku lat 70., na którym pracownicy mojej ex-instytucji biorą udział w pochodzie pierwszomajowym (nie miałam serca go wywalić). Sąsiedzi z dołu musieli się dziwić, że gamonie z góry jeżdżą łóżkiem w środku nocy (pod łóżkiem wody po kostki). To znaczy Brzydal zajmował się wprawianiem łóżka w ruch jeżdżący i nurkował z mopem, a mnie spod kołdry wystawały jedynie oczy Kota ze Shreka i czubek nosa. Po opanowaniu sytuacji powodziowej Brz. poburczał jeszcze chwilę o konieczności zakupu dla mnie kubeczka-niekapka z dziubkiem (nie wiem, skąd on zna takie słowa) i zasnął obrócony do mnie plecami. A ja jeszcze trochę szumiałam w sieci na komórce, która póki co mimo zalania nie odmawia dalszej posługi.

A trzeba było iść spać – pomyślałam gdy zobaczyłam się rano w lustrze. Gdybym miała pod ręką papierową torbę z mcdonalda, pewnie założyłabym ją sobie na głowę z braku innego sensownego wyjścia. Dramat. Rozświetliłam się dopiero trochę w biurze nad korektą, która nie mogła czekać (obsesyjnie uwielbiam korekty, a te, które nie mogą czekać, pożeram najchętniej), a później jeszcze w pierony pisania i telefon dzwonił jakby trochę rzadziej, ludzie się kłębili i czas robił sobie ze mnie jaja, przyspieszając wtedy, kiedy mu pasowało (wiem dokładnie, bo ku uciesze Brzydala znów mam zegarek).

Późnym popołudniem trochę zmierzwiona stałam przy aucie na parkingu i rozmawiałam przez telefon. Na wyciągnięcie ręki miałam znajomy spadzisty dach mojej ex-pracy. W wakacje Brzydal, widząc jak się psychicznie staczam, wyrażał nadzieję, że przyjdzie taki jesienny dzień, że nie będę musiała angażować się w pewne czaso- i energochłonne wydarzenie, które było takim symbolem siedzenia nocami w biurze i robienia miliona rzeczy na ostatnią chwilę. I dziś tam przy aucie, kiedy trzymałam telefon przy uchu i myślałam o czymś zupełnie innym, dotarło do mnie, że to dziś jest ten jesienny dzień, kiedy tam pod spiczastym dachem jest z minuty na minutę straszniej, że dobrze wiem, że tam dziś nie zgaśnie światło, że morale będą pikować pionowo w dół, że to jeden z tych wieczorów, o których chce się zapomnieć od razu po zamknięciu oczu. Wsiadłam do auta, z głośników huknęła piosenka Gogol Bordello, zrobiło mi się w głowie jaśniej, odbijałam się w szybach mijanych budynków i myślałam: mam cię!
Złośnica

Brak komentarzy: