wtorek, 22 października 2013

sześć i pół

Moja Mama ostatnio coraz częściej mówi mi, że mam robić to, na co mam ochotę i nie odmawiać sobie prawa do słabości i spontanu, że mam nie zapominać o sobie i nie rezygnować z rzeczy ważnych z byle powodu. I że mam się nie zmuszać. Piątek co prawda miałam spędzić na wielkiej imprezie w Hipnozie z dziewczynami z dawnej pracy, dokładnie jak za dawnych czasów, ale w środku dnia dopadła mnie świadomość, że przecież nie ma już dawnych czasów. I że stanowi to dla mnie niewyczerpane dotąd źródło radochy, więc w momencie odechciało mi się balować w tym miejscu i z tymi ludźmi. Porad Mamy trzeba słuchać, więc: 1. wykręciłam się z tej imprezy, 2. fajniejszą zorganizowałam u nas, 3. odkryłam magiczne właściwości chorwackich win – okazuje się, że po nich nie odbywam nocnych spacerów i nie mówię o pracy przez sen, 4. przypomniałam sobie, że jednak jestem tak banalnie po babsku romantyczna, 5. przypomniałam sobie, że Brzydal byłby może nawet trochę romantyczny, gdyby aż tak nie wywracał oczami, nie robił min, nie sapał, nie wzdychał i nie był aż tak złośliwie zaczepny, 6. w sobotę wydałam wszystkie pieniądze na ciuchy i kosmetyki, zupełnie jakbym w podstawówce poszła wydać kieszonkowe, 7. późnym wieczorem wyszliśmy na spacer, a wiedząc że w tej okolicy i tak wszystko jest pozamykane, wino mieliśmy ze sobą, 8. w niedzielę byliśmy w Bielsku, bo czasem nachodzi nas chcica na kawę w Barometrze i tak właśnie było, 9. a wieczorem byłam na moim ulubionym, kameralnym spektaklu, choć jeszcze kilka dni temu sama sobie wkręcałam, że nie idę. Mama co prawda rzekła, że to niepoważne i niezrozumiałe, bym szła tam znów, ale w sumie nie ma powodów, żebym sobie tego odmawiała jeśli mam ochotę, więc mam iść. Amen.

Ja się już zbierałam, gdy Brzydal zaczął pękać:
- To może ja pójdę z tobą… - zaproponował bez przekonania, a ja tylko przypomniałam mu, czyje piosenki będą śpiewane. W sekundzie przeszła mu miłość do teatru.
- Bleh, to nie, nie idę. Nie poszedłbym na to drugi raz. Nie to co ty, siódmy.
- Nie do końca tak jest - przyznałam zgodnie z prawdą, przerzucając garściami rzeczy z torebki do zupełnie niewyjściowego lnianego wora.
- Dobra, sześć i pół – dodał Brzydal nieświadomy, że powinien był kilka dodać, a nie odjąć. Ale to bez znaczenia. To jest jak film, do którego się wraca, jak płyta, której słucha się na okrągło, jak pokreślona ołówkiem książka zawsze gdzieś w pobliżu łóżka. I jakoś nikt nigdy nie pyta, ile razy można to samo… Można. Spektakl był super, ja byłam najszczęśliwsza na świecie (tak jak 10 poprzednich razy), a Brzydal w domu równie szczęśliwy degustował i doprawiał wino, które w 15-litrowym baniaku bulka nam na kuchennej szafce od kilku tygodni.

Czyli po dobrym tygodniu przyszedł świetny weekend, a po nim kolejny dobry tydzień. Nowością jest dla mnie jaranie się na poniedziałek. Bo kurz zmian już opadł, a klimat nadal ten sam. Dobre fluidy w powietrzu i intensywny energetyczny wampiryzm, chociaż wciąż nie mam pewności, czy to ja wysysam, czy wręcz odwrotnie.

Rozmawiałam wczoraj przez telefon (przez pół wieczoru) z koleżanką ze studiów. Zmusiła mnie do streszczenia ostatnich kilku tygodni i do odpowiedzi na kilka prostych pytań, co sprawiło, że w głowie rozbłysnął mi wielki neon obwieszczający światu, że jest fajnie.
Trochę pranie mózgu, szybciej niż przypuszczałam.
Albo jakaś mega udana psychoterapia, skuteczniejsza niż mogłam wierzyć.
Wszystko teraz pachnie jak malinowe mleczko do ciała i smakuje jak mamba. Wszystko.

zł.

Brak komentarzy: