wtorek, 29 października 2013

telewizor

Telewizor w sypialni był zawsze kością niezgody. Przez całe lata temat wracał, a podział sił zawsze był taki sam: Brzydal – za, a ja nieustannie przeciw. Argumentów po obu stronach nie brakowało, ale najwyraźniej moje były odrobinę silniejsze, bo z miną Wilhelma Zdobywcy obwieszczam, że odbiornika w sypialni nie ma.

A w nocy wydawało mi się, że jest, że go widzę. Ba, pamiętam jak wyglądał. Kineskopowy, szara obudowa. Trzecia na zegarze. Zawisłam złowrogo nad Brzydalem i obudziłam go z czymś na kształt awantury, że przecież umawialiśmy się, że telewizora w sypialni miało nie być, że jest straszny że go tu przyniósł, że się zawiodłam i że sobie wypraszam. I że co z tym teraz zrobimy? Brzydal na to, obudzony, do mnie w te słowa: „Jeśli o mnie chodzi, to możesz sobie nawet na nim kwiatka postawić”. Na to strzeliłam focha jak stąd do Brazylii, fuknęłam coś pod nosem, odwróciłam się plecami, zawinęłam w kokon i odmówiłam dalszych rozmów. Próbował mnie jeszcze pogłaskać na uspokojenie, ale warknęłam, że porozmawiamy sobie rano.

Rano powiedział mi, jak było, a ja byłam bliska stanu, który mógłby skończyć się nekrologiem z napisem „umarła ze śmiechu”. Shame on me.

Za dnia jakoś nie do śmiechu, nie zdołałam się tak zupełnie ogarnąć i jakoś mi tak ciemnoszaro. Muszę pilnie odzyskać kolor. I pewność.

z.

Brak komentarzy: