sobota, 30 listopada 2013

niedźwiedź

Wczoraj prawie że w nocy, czyli około godziny 20, wyglądając jak nieboskie stworzenie i siedem nieszczęść jednocześnie, wymamrotałam że idę spać (dowód na to, że zmęczenie da się magazynować i zostawiać na później). Zaintrygowany Brzydal po chwili przyczłapał do sypialni, gdzie ja już trzęsłam się pod kołdrą mniej więcej tak, jakbym spała na kafelkach na balkonie. Wspaniałomyślnie przykrył mnie jeszcze naszym najgrubszym kocem, tak że spod niego wystawał mi tylko irokez. I tu urwał mi się film.

Film wrócił w środku nocy. Przyssałam się do butelki z wodą, po drodze oczywiście gubiąc zakrętkę, co nie zrobiło na mnie żadnego, ale to żadnego wrażenia. To z kolei obudziło Brzydala, który od razu miał katastroficzną wizję, że do rana wyleję na podłogę pozostały litr wody i znów będzie musiał jeździć na mopie, więc wolał wstać i poszukać zakrętki. Wstał, znalazł, zakręcił, a gramoląc się z powrotem tak przywalił stopą o łóżko, że zobaczył wszystkich świętych i wszystkie konstelacje, zalał się krwią i wyrzekł kilkanaście wyrazów powszechnie uważanych za obelżywe. Z tego co udało mi się ustalić, nie wykazywałam żadnych przejawów współczucia. Później znów nie pamiętam nic.

Przed chwilą Brz. wysłał mi wiadomość, że w nocy czuł się tak, jakby między Wodzem i Żoną Wodza* spał niedźwiedź – najwyraźniej koc jednak zaczął mi przeszkadzać i próbowałam go zepchnąć na brzydalową stronę. (*Wódz i Żona Wodza pochodzą z takiego strasznie durnego filmu „RRRrrrr!”, z którego pamiętamy tylko jeden motyw: do plemienia przybył jakiś gość, a jak zapytali go, gdzie będzie spał, odparł, że będzie spał u Wodza. Ale gdzie? Jak to gdzie, między Wodzem i Żoną Wodza. Co zresztą się stało). Po smsie przyszedł czas na telefon z pogróżkami, bo ta rozwalona stopa to podobno moja wina, a dokumentacja fotograficzna w mmsach miała dodatkowo pogłębić moje wątpliwe wyrzuty sumienia.

A tak się miło sobota zaczęła… Wyspana i rozczochrana, pijąc wielką kawę i słuchając w stu procentach rockowego i niemożliwie seksownego Deriglasoffa, doszłam do radosnego wniosku, że odkryłam metodę na przeżycie listopada bez tradycyjnych o tej porze roku wielodniowych napadów depresji, gapienia się w ścianę i zalewania się łzami z byle powodu. Wystarczyło zmienić miejsce przebywania 8 godzin dziennie. Bajerancki był ten listopad. Dużo dobrego. DUŻO dobrego.

Z.

poniedziałek, 25 listopada 2013

LOT


Taki LOT! Lata aż miło...
Brzydal jeszcze nie widział, więc póki co raczy się trailerem.
Druga noc bez snu. Za dnia dziwny odlot.
Zł.

niedziela, 24 listopada 2013

hello

Sponiewierała mnie emocjonalna lawina. Dopadło mnie dziś zmęczenie wszystkim tym, co działo się przez ostatni tydzień czy dwa. Ale niedziele tak mają. Człowiek jeszcze nie przemielił tygodnia, który się zamyka, a jeszcze nie ma śmiałości, by powiedzieć „hello” temu kolejnemu.
Milion myśli tasuje mi się w głowie jak w jednorękim bandycie. Sto słów do zapamiętania, kilka gestów już zdążyło mi gdzieś umknąć, chociaż strasznie chciałam je zatrzymać.
A później nie ma spania. Norma.
Dla odzyskania stabilizacji - Ewert i smoki. Nieustannie.
zł.

sobota, 9 listopada 2013

w formie

O 8 rano chwyciłam klamkę i zatrzymałam się na sekundę. Wchodzę? Rany. Skrzyp drzwi ten sam, na schodach jakieś paczki, norma. Piwniczny zaduch, jak zwykle. Trzy i pół piętra w górę. Duszno. Kilka słów w starym miejscu, wsadzam głowę do paru pokoi i czuję przez skórę, że nie zmieniło się nic, że jest szaro i gęsto od mieszanki niekoniecznie dobrych emocji. Spędziłam tam może 10 minut i pierwszy raz od bardzo dawna poczułam się jakoś klaustrofobicznie. Nie załatwiłam tego co chciałam. Wymiana zdań bardzo na dystans. Czmychnęłam bez zbędnego ociągania. Na schodach niespodzianka: spotkałam koleżankę, która pitnęła stamtąd niedługo po mnie. Rozpromieniona, w czerwonym płaszczyku. Akurat była w okolicy i postanowiła wpaść. Jak się czujesz? Świetnie. Widzę. A ty? Też widzę. Spotkamy się? Koniecznie.

Ostatnio niełatwo mi uwolnić myśli od tego miejsca, tym bardziej że na mieście i w sieci coraz częściej widzę efekty mojej wytężonej letniej pracy. Folderki z moim hasłem. Wielkoformatówka, którą widzę codziennie stojąc w korku. Reklamy. Namiot. Facebook. Moje ostatnie dziełko stamtąd, ostatnie służbowe dziecko, które miało być tam moją trampoliną, właśnie pięknie wyrosło i hula mi przed oczami, nieświadome naszego pokrewieństwa. I to wspomnienie tak potwornie silne, jak jeszcze z trzema osobami siedzę nad niemal już gotowymi projektami i szykujemy się do prezentacji przed Władzami, a ja dostaję sms: „zwalniaj się”. I nie jestem już w stanie myśleć o niczym innym.

Tam chodziłam w formie, a wychodziłam nie-w-formie. Tu przychodzę nie-w-formie, a wychodzę w formie. Fenomen, co? Wczoraj się tak udało. Po czwartkowej załamce, która spadła mi na łeb jak kowadło z kreskówki, w piątek już nawet nie miałam siły się dalej załamywać. Trochę to trwało, ale wychodziłam z biura jak nowa, ze świadomością, że zrobiłam co chciałam, z dłońmi jeszcze bardziej poobijanymi od przyspieszonej nauki obsługi cudnego wściekło pomarańczowego jojo i z taką dziecięcą radością na wieczorny koncert Doktora Misia w Dąbrowie. Doktor Misio zmiótł nas zupełnie, sprawił że straciłam dech, straciłam głos i straciłam resztki oporów przed wielokrotnym darciem się pod samą sceną, że jest zajebiście. Wspaniały koncert, świetna atmosfera, spontan i energia. Wieczorem jeszcze dużo siły na jojo, ale po 22 trzeba uważać. Walnięcie w podłogę może zdziwić sąsiadów z dołu. O skutkach ewentualnego walnięcia w lampę poinformował mnie Brzydal: wylecisz razem z tym jojem.

Dziś koncert Gaby Kulki, o której istnieniu przed laty powiedział mi Czesław Mozil i którą od tego czasu lubimy. Po wczorajszym rockowym szale i pogo pod sceną trudno mi wyobrazić sobie, że dziś będziemy po prostu siedzieć na widowni jak stare dziady, ale spróbujmy…

Przed sekundą z łóżka wyciągnął mnie domofon. „Chciałbym wręczyć pani traktat o tym, czy umarli mogą ożyć”. Dzień bez wariatów dniem straconym. Chyba czas wstawać…


Zł.

sobota, 2 listopada 2013

piekiełko

Podobno każdy ma swoje prywatne piekło, taką karę za wszystkie grzechy, które już się popełniło, a może i za te, które się dopiero z dużą lub jeszcze większą radością popełni w przyszłości. Moje piekiełko jest całkiem blisko, bo piętro wyżej. Rodzina z dwójką małych dzieci. I zamiast w sobotę do godziny 11 słodko mamrotać przez sen, to od 7 rano słucham rozdzierającego wrzasku młodszej latorośli sąsiadów, która najwyraźniej cały tydzień zbiera siły, by w sobotę rano zrobić niezłą rozpierduchę. Nie wiem, co robi w tym czasie starsze dziecko, ale dźwięk, który przy tym słyszę, kojarzy mi się ze stadem biegnących po drewnianej podłodze bizonów. Ale dorośli z góry też są słodcy: w ich wykonaniu hitem są karczemne awantury o trzeciej w nocy, włącznie z takim filmowym rzucaniem przedmiotami i cofaniem się z żalami do czasów co najmniej pierwszej wojny punickiej. Słodziaki.

Brzydal mówi, że mam się nie przejmować, bo kiedyś nadejdzie ten piękny dzień, kiedy wykupimy ich mieszkanie:)…

Chociaż może to piekło nie jest najstraszniejsze ze wszystkich. Janusza Głowackiego, moją literacką miłość, pokarało potężniej i złośliwiej: mieszkał obok szkoły muzycznej…

Mimo głośnej obecności wariatów piętro wyżej, szczerzę się od rana, bo mijają dziś dwa miesiące w mojej nowej pracy. Dwa miesiące, które minęły piorunem i dzięki którym czuję, że poukładałam sobie życie na nowo. A przede wszystkim poukładałam sobie w głowie te wszystkie rozsypane klocki, z którymi już nie wiedziałam co zrobić. Nie wiem, jak długo można trwać w takiej euforii i co zrobić, żeby utrzymać taki poziom entuzjazmu, ale wyhodowałam sobie we krwi cząsteczki endorfin wielkości piłeczek do ping-ponga i chcę bardzo, by tak zostało.

To co, świętujemy dzisiaj? Trzeci dzień z rzędu...? Ale co ja mogę, że jest okazja:)?

zł.