sobota, 9 listopada 2013

w formie

O 8 rano chwyciłam klamkę i zatrzymałam się na sekundę. Wchodzę? Rany. Skrzyp drzwi ten sam, na schodach jakieś paczki, norma. Piwniczny zaduch, jak zwykle. Trzy i pół piętra w górę. Duszno. Kilka słów w starym miejscu, wsadzam głowę do paru pokoi i czuję przez skórę, że nie zmieniło się nic, że jest szaro i gęsto od mieszanki niekoniecznie dobrych emocji. Spędziłam tam może 10 minut i pierwszy raz od bardzo dawna poczułam się jakoś klaustrofobicznie. Nie załatwiłam tego co chciałam. Wymiana zdań bardzo na dystans. Czmychnęłam bez zbędnego ociągania. Na schodach niespodzianka: spotkałam koleżankę, która pitnęła stamtąd niedługo po mnie. Rozpromieniona, w czerwonym płaszczyku. Akurat była w okolicy i postanowiła wpaść. Jak się czujesz? Świetnie. Widzę. A ty? Też widzę. Spotkamy się? Koniecznie.

Ostatnio niełatwo mi uwolnić myśli od tego miejsca, tym bardziej że na mieście i w sieci coraz częściej widzę efekty mojej wytężonej letniej pracy. Folderki z moim hasłem. Wielkoformatówka, którą widzę codziennie stojąc w korku. Reklamy. Namiot. Facebook. Moje ostatnie dziełko stamtąd, ostatnie służbowe dziecko, które miało być tam moją trampoliną, właśnie pięknie wyrosło i hula mi przed oczami, nieświadome naszego pokrewieństwa. I to wspomnienie tak potwornie silne, jak jeszcze z trzema osobami siedzę nad niemal już gotowymi projektami i szykujemy się do prezentacji przed Władzami, a ja dostaję sms: „zwalniaj się”. I nie jestem już w stanie myśleć o niczym innym.

Tam chodziłam w formie, a wychodziłam nie-w-formie. Tu przychodzę nie-w-formie, a wychodzę w formie. Fenomen, co? Wczoraj się tak udało. Po czwartkowej załamce, która spadła mi na łeb jak kowadło z kreskówki, w piątek już nawet nie miałam siły się dalej załamywać. Trochę to trwało, ale wychodziłam z biura jak nowa, ze świadomością, że zrobiłam co chciałam, z dłońmi jeszcze bardziej poobijanymi od przyspieszonej nauki obsługi cudnego wściekło pomarańczowego jojo i z taką dziecięcą radością na wieczorny koncert Doktora Misia w Dąbrowie. Doktor Misio zmiótł nas zupełnie, sprawił że straciłam dech, straciłam głos i straciłam resztki oporów przed wielokrotnym darciem się pod samą sceną, że jest zajebiście. Wspaniały koncert, świetna atmosfera, spontan i energia. Wieczorem jeszcze dużo siły na jojo, ale po 22 trzeba uważać. Walnięcie w podłogę może zdziwić sąsiadów z dołu. O skutkach ewentualnego walnięcia w lampę poinformował mnie Brzydal: wylecisz razem z tym jojem.

Dziś koncert Gaby Kulki, o której istnieniu przed laty powiedział mi Czesław Mozil i którą od tego czasu lubimy. Po wczorajszym rockowym szale i pogo pod sceną trudno mi wyobrazić sobie, że dziś będziemy po prostu siedzieć na widowni jak stare dziady, ale spróbujmy…

Przed sekundą z łóżka wyciągnął mnie domofon. „Chciałbym wręczyć pani traktat o tym, czy umarli mogą ożyć”. Dzień bez wariatów dniem straconym. Chyba czas wstawać…


Zł.

Brak komentarzy: