wtorek, 31 grudnia 2013

2013 litera po literze

A jak Albania. Przypadkowy strzał w dziesiątkę. Góry i fale, góry i góry, góry i góry. Twierdze, ludzie, wszędzie dwugłowe orły. Szklane hotele i rozpadające się ruiny. Historia taka, że strach słuchać. Kraj taki, że szkoda czasu na sen. Gdyby nie Albania na żywo, nigdy nie uwierzyłabym w te tysiące schronów.

B jak Brzydal. Brzydal codziennie i conocnie, nieustannie tygodniami, miesiącami i latami. Mądry, cierpliwy Brzydal, pomysłowy i konsekwentny, konkretny i opanowany, znoszący wszystkie moje wypowiedzi zaczynające się od „chcę…”. Gdyby nie Brzydal, nie miałabym ani siły, ani odwagi, żeby być sobą.

B jak Bukareszt. Kurz i krew. Książka o tym szarobetonowym miejskim molochu, który mnie i wystraszył, i zafascynował. Przeczytana już po powrocie stamtąd, jeszcze szerzej otworzyła mi oczy na dzisiejszą Rumunię. W 2014 – mam nadzieję – jedziemy znów. Gdyby nie „Bukareszt”, kupiłabym pewnie „Czarnobyl” wydany w tej samej serii. I to też groziłoby kolejnym wyjazdem.

B jak Balkon Party. Każdy ciepły wieczór od kwietnia do października zazwyczaj kończył się relaksem na balkonie z widokiem na szyb, gadaniem i kolacją, winem i czytaniem, aż sąsiedzi zaczęli się z nas nabijać, że ilekroć nas widzą, to jesteśmy razem na balkonie i ruszamy żuchwami.

C jak Czarnogóra. Bardziej cywilizowana odmiana bałkańskich klimatów, bardziej oswojona od Albanii, mniej europejska niż Chorwacja. Multireligijna i wielonarodowa. Dla Boki Kotorskiej było warto i dla tej samorobotnej wódki kupionej w Kotorze na targu i pitej w autobusie z okazji zorganizowanego na szybko Dnia Nauczyciela (tak, w sierpniu…) i dla pełnych zaduchu wieczorów bez końca.

D jak dom Babci. Znaleziony na Łyczakowie we Lwowie. Sama siebie nie podejrzewałam nawet, że jestem tak sentymentalna i że tak szalone wrażenie zrobi na mnie ten Lwów, ten Łyczaków, ten dom i ten jeden jedyny Święty Antoni w białym kościele. Teraz trafiłabym tam z zamkniętymi oczami.

D jak Dolar. Dolar pożył sobie jak dziki, kilkanaście lat. Najfajniejszy na świecie.

D jak Doktor Misio. Myśleliśmy, że to jakieś muzyczne jaja, ale nie można muzycznymi jajami nazwać tak przemyślanego i dopracowanego materiału, zaczepnych tekstów i muzyki tak smacznie rockowej i na płycie, i na żywo. Koncert Doktora Misia był na pewno jednym z najbardziej energetycznych wieczorów roku, zdzieraliśmy gardła pod samą sceną i obiecaliśmy sobie, że koniecznie znów.

E jak Ewert i smoki. http://www.youtube.com/watch?v=gMRvjW3gAao 

F jak fotel. Ten fotel MUSI zniknąć. I zniknął.

G jak Generał Stilwell. Ostatni koncert w katowickiej Ścianie przypomniał mi, gdzie jest moje miejsce. Przypomniała mi to też niedawna próba, na której byłam, właściwie przypomina mi o tym każda z nimi rozmowa i każdy ich koncert. Nowe piosenki udowadniają, że zespół jest w optymalnej formie, a 2014 rok to czas na drugą płytę.

H jak hamak. W hamaku na balkonie spędziłam wiele godzin, czytając książki i grzejąc się w zachodzącym słońcu. Czasem też zalewałam się tam łzami po powrocie z pracy i bujałam się bez końca, bo to podobno uspokaja. Później w hamaku czytałam kodeks pracy, albo Brzydal siedział obok i czytał mi go na głos, co miało mnie pokrzepić i ogarnąć. A jeszcze później w hamaku powstawała treść mojego wypowiedzenia.

H jak House. Wierzę, że po to raz na rok ląduje się na zwolnieniu lekarskim, żeby 1. wyzdrowieć i się zregenerować, 2. oglądać House'a i wzdychać z powodu jego nieustannej szorstkości, złośliwości i szeroko pojętej dziwności. I wiem, że wszyscy oglądali to trzy lata temu, a ja jak zwykle jestem w plecy.

H jak horoskop. Kiedy zdecydowałam wywalić swoje życie do góry dnem i spróbować ustawić je od nowa, moja Mama zaczęła czytać horoskopy i szukać w nich uzasadnienia moich decyzji. Na całe szczęście okazało się, że ci stażyści, co to zazwyczaj piszą te bzdury, pisali dla Wodników dużo i dobrze, zapowiadali szał zmian i wiele radochy. W pracy horoskopy też są w cenie, a jak są słabe, to czytając innym zawsze dodaję coś od siebie...

I jak irokez. Nadal jest, bo bez niego czuję się jak grzeczne dziecko z dobrego domu. Choć oczywiście jestem grzecznym dzieckiem z dobrego domu.

J jak "Jak by nie miało być". Ostatniego sierpnia usłyszałam ten kawałek na żywo i zwaliło mnie z nóg. http://www.youtube.com/watch?v=zDD4ELz2ZDY

K jak Korfu. Przypomniało się nam, że nie lubimy Greków.

K jak kotwica. Zostałam zakotwiczona. Raz a porządnie.

K jak Kacper. Kacper był zawsze, ale najwyraźniej nie na zawsze.

K jak kalendarz. Nie mam już swojego. Okazało się, że go nie potrzebuję.

L jak lunatyk. Przez pierwsze tygodnie po zmianach łaziłam nocami, robiłam i mówiłam głupoty, ale przynajmniej zawsze na tematy bieżące. Przejaja.

M jak Miedzianka. Historia znikania. Dla mnie Książka Roku.

M jak Mołdawia. Niezrealizowany kierunek, bo ubezpieczyciel popukał się w czoło. A chcę bardzo Kiszyniów, chcę Naddniestrze i jeszcze Gagauzję. W planach.

M jak my. My, nas, nam, nas, z nami, o nas. Jedno wielkie MY.

N jak "Noże". Koncert Olafa marzy mi się na żywo.

O jak "Once". Brzydal zasnął w 5 minut, a ja pół filmu ryczałam jak nastolatka na "Titanicu".

P jak praca. Cztery miesiące jak na amfie. A ktoś mnie kiedyś ostrzegał, że mam uważać, o czym marzę, bo jak mi się spełni, to zwariuję. Wariuję aż miło.

P jak pudło. Pudło stało za moim biurkiem kilka dni. Puste. W paski. Nikt nie wierzył, że zmieszczę do niego 4 lata pracy. Mam takie zdjęcie z tego ostatniego dnia, a na nim ja i pudło. Uśmiecham się na nim tak, jakbym dostała w tym pudle jakiś strasznie wielki prezent.

R jak R. :-) Jak w Ulicy Sezamkowej, rok 2013 sponsorowała literka R…

S jak szef. Moi nowi współpracownicy długo nie mogli się przyzwyczaić, jak mówiłam „mój szef” (najczęściej „mojego szefa nie ma”). A to dlatego, że wcześniej szefów miałam pięciu. Każdy z nas miał innego, więc słysząc „mój” łatwiej było skumać, o kim ktoś mówi. A że tu jest jeden, to w konsternację wprawiał ludzi ten „mój szef”. „Pani sobie zawłaszcza szefa!” – usłyszałam kiedyś. Być może. No i co z tego…?

S jak snowboard. Ostatni wypad na deskę – 1 kwietnia. Śniegu po pachy i pusty stok. Tylko Tata i ja. Kilka razy brałam urlop w środku tygodnia, bo miałam ważne sprawy rodzinne. Taki wyjazd to naprawdę ważna sprawa rodzinna.

Ś jak świeżak. Dalej jestem świeżak, ale już mniejszy. Przez pierwszy miesiąc czułam się jak największy debil, przez drugi – jak trochę mniejszy, a przez trzeci już byłam jak w domu. Czwarty zamykam spokojna o piąty.

T jak teatr. Miejsce spotkań, miejsce ucieczek, miejsce szukania i znajdywania. Samotnia, świątynia i konfesjonał. Moje miejsce.

U jak urlop. Ale tylko gdzieś daleko i tylko razem. Słowo, które pachnie zarwanymi nocami i smakuje słoną morską wodą. Odbiera siły, odświeża rozum, daje perspektywę.

W jak wypowiedzenie. Napisałam je w kilka minut pewnego ciepłego wieczora, chora jak nigdy, zmęczona jak nigdy, wystraszona jak nigdy. I nawet nie miałam na czym go wydrukować. Musiałam zrobić to w pracy kolejnego ranka tuż przed jego złożeniem, więc wysłałam sobie ten plik na kilka skrzynek pocztowych, a w tytule napisane było "wiekopomny dokument". A w treści maila… „Ole le le!”

Y jak yoyo. Antystresowa zabawka, na którą nawet nie musiałam polować - sama przyszła.Wiele dni nie wypuszczam go z rąk.

Z jak zmiana. Zrozumiałam, że zmiana sama w sobie niesie wartość, bo jeśli nie na gorsze, a jeszcze nie wiadomo, czy na lepsze, to na pewno na INNE. A to oznacza inną energię, innych ludzi i inne możiwości, dzięki którym nie trzeba stawać się kimś innym.


Nie wiem, skąd mi się to bierze, ale czuję, że wszystko będzie dobrze.
Noworocznych postanowień jak zwykle zero. Moja odzyskana hedonistyczna natura ich nie przewiduje.
Życzenia? Niech będzie dobrze, po prostu.

Złośnica

Brak komentarzy: