sobota, 7 grudnia 2013

let's rock!

- Nie może tak być, że mi ktoś tam będzie próbował wejść na łeb – z pełnym przekonaniem stwierdziłam między jedną piosenką i drugą, w niewielkim zadymionym pokoju opanowanym przez wijące się pod nogami kable i czterech muzyków.

- Pewnie że nie. W tobie siedzi ta sama rockowa dusza co lata temu – powiedział mój Muzyczny Pan i Władca i mrużąc oczy zaciągnął się fajką. Dobrze tam czasem do nich zajrzeć, żeby sobie o tym przypomnieć.

W niezamieszkanym domu temperatura jest jaka jak na dworze, dlatego jeden z nich przychodzi dużo wcześniej, żeby w pokoju prób do czerwoności rozpalić zabawny, mały piecyk. Efekt? Przyszłam do nich ubrana w osiem warstw swetrów jak jakaś baba z Magadanu, a oni w tiszertach... Koncert niedługo, kilka nowych piosenek, druga płyta coraz piękniej się krystalizuje. Powinnam tam z nimi siedzieć co najmniej raz w tygodniu, żeby nie zapomnieć, skąd jestem i co komu zawdzięczam. Bo jak się z nimi nie widzę miesiąc czy dwa, to tracę gdzieś ten gitarowy soundtrack, który powinien lecieć mi w głowie bez przerwy.

- Przychodź zawsze kiedy chcesz. Ty też należysz do zespołu – przypomniał mi mój Muzyczny Pan i Władca. A za dwa tygodnie nagrywam im koncert w Katowicach. Dobrze.

Do albumu rockowych obrazków z życia zdecydowanie muszę dodać tego rockmana, którego było mi dane poznać kilka dni temu, gościa którego mogę godzinami słuchać, godzinami oglądać jego klipy i nagrania z koncertów i którego – całe szczęście – przyjdzie mi jeszcze kilka razy zobaczyć na żywca u nas w pracy. Jaram się jak gówniara, bo okazało się, że ów gość jest nie tylko charakternym genialnym muzykiem, kompozytorem i tekściarzem, ale jest też najzwyczajniej w świecie miły, otwarty i błyskotliwie zabawny. Wystarczyło mi kilka minut rozmowy, żeby dojść do tych radosnych wniosków, a później jeszcze kilka godzin fruwałam z radochy nad miastem, w głowie mając już tylko gitarową ścianę dźwięków.

Szkoda tylko, że po każdym takim ataku euforii przychodzi dół. Zupełnie jakby wszystko, co ma jakąś wartość na plusie, siłą rozpędu musiało się tak samo odcisnąć na minusie. Nie wiem, może jak się na emocje zamiast mózgu to nie da się wyjść na plus. Ale chyba tracę siły.

To co, może w tym optymistycznym nastroju czas na „Marynarza grób”?
Zł.

Brak komentarzy: