sobota, 21 grudnia 2013

układać...?

- Zajedziesz się, dziecko – zawyrokowała jedna z moich koleżanek. Jest tylko kilka lat ode mnie starsza, ale jak usłyszała przez telefon moje lekkie rozchwianie, to najwyraźniej uruchomił jej się tryb matki i nie wiedziała, czy mnie ochrzaniać, czy pocieszać. Próbuję dojść do tego, kiedy przegięłam, ale najwyraźniej siekło mnie za całokształt na przestrzeni ostatniego tygodnia czy dwóch. Ciągle nie umiem się pogodzić z tym, że za intensywność przeżyć płaci się równie intensywnie, no i że brak czasu na regenerację zawsze odbije się regeneracją przymusową (czyli siedzeniem jak mumia z braku siły i otępieniem). Znajdę na to sposób.

Żeby jakoś to zwalczyć, w zeszły weekend kwitłam na widowni w piątek, sobotę i niedzielę, a później przez cały tydzień popołudniami nie wracałam do domu, tylko zaszywałam się na mieście w miękkich fotelach i pluszowych lożach, słuchając o tym, jak życie układa się innym. Chciałam te ostatnie dni wypełnić do granic, bo skoro już wiadomo, że się zajadę, to chociaż chcę się zajechać robiąc to co lubię: śmiać się głośno z ludźmi, których uwielbiam, pić grzańca, kupować prezenty, słuchać starych płyt (znalazłam takie, które nagrywałam Brzydalowi do auta 6 lat temu – są boskie), w pełni korzystać z tych namiętnych randek, które przepowiedział mi niedawno jakiś durny horoskop i odgryzać głowy czekoladowym Mikołajom (później tracę zainteresowanie). Efekt zajeżdżania się jest taki, że za mną kilka naprawdę uroczych spotkań, kilka ważnych dla mnie rozmów, za mną też pierwsze, megaudane przedświąteczne służbowe wyjście na piwo (choć na dźwięk słów „służbowa wigilia” mam reakcję alergiczną), a wczoraj wracałam do domu z aureolą nad głową i z wpiętą w płaszczyk przypinką „robia na grubie”. Pięknie.

A teraz przede mną coś dziwnego, nieznanego i nieoswojonego: 9 dni bez pracy. Wpadam na zmianę w eurofię (będę mogła spać do 8, snuć się w za dużym tiszercie po domu, nie spieszyć się malując paznokcie, a jak będzie śnieg to pojadę z Tatą i z Brzydalem wyszaleć się na snowboardzie, bo mnie już nosi jak widzę fotki z Soszowa) i w stany lękowe (w sumie nie wyobrażam sobie póki co nie iść tam przez tyle dni, skoro zdarzało mi się bywać tam przez kilkanaście dni bez przerwy i nie widziałam w tym nic, ale to nic dziwnego, nie wiem jak poradzić sobie z pustymi kartkami w kalendarzu i z milczącym telefonem, nie wiem jak ogarnąć świadomość, że w ogóle nie jestem potrzebna i to jest chyba najgorsze). 9 dni!

Z trudem przełączam się w tryb „Święta”, w głowie non-stop coś innego. Rozsypana układanka, a mnie się podoba każdy jej kawałek osobno, po co to w ogóle układać…?

Zł.

Brak komentarzy: