czwartek, 27 marca 2014

spanie z Alfem

Gorzej śpię od kiedy czytam fenomenalną książkę "W oblężeniu". Z każdą kolejną stroną bardziej chcę tam jechać. Ale sny po tych reportażach mam tak trójwymiarowe, niepokojące i absorbujące, że budzę bardziej zmęczona niż wieczorem. Później w pracy wyglądam tak, jakbym się czuła gorzej, a przecież czuję się lepiej. Czytałam "Włoskie buty", ale nagle, nie wiadomo po jakiemu, w środku opowieści brakło 40 stron. Chwilowo się zniechęciłam.

Wieczorami padam na pysk, bo jak zwykle metoda-zajebania-robotą jest bardzo skuteczna: nie ma się ani czasu, ani siły, żeby za dużo myśleć o tym, czego nie ma w planie dnia, a to, czego nie da się zapisać w kalendarzu, musi na jakiś czas zniknąć. Jedynie mój organizm ma jakieś „ale” i zwykle właśnie wieczorem puka i stuka od środka, rozregulowuje mi puls, obniża ciśnienie, wali po łbie czymś ciężkim i miga czerwonym neonem z napisem „warning!”

Ale wracam do żywych, na co dowodów mam kilka. Przed chwilą zamiast paść pyskiem na najbliższy kuchenny blat, wzięłam się za pieczenie chleba, żeby zrobić niespodziankę Brzydalowi (siedzi na uczelni i pewnie umiera z głodu). W sobotę idziemy na koncert Generała Stilwella do Mysłowic, a na przyszły tydzień umówiłam się już na trzy zaległe rozmowy z trzema przychylnymi mi osobami, co całkiem nieźle wróży. No i majowy koncert Rykardy Parasol w Katowicach nadciąga. Dziwnie mieć tak dalekosiężne plany. Innym dowodem na powrót do żywych jest na przykład kupno sukienki w paski. Banał, który nie zdarzył mi się przez 29 lat życia.

Piosenkami Rykardy katuję Brzydala w łóżku wieczorami, ale mogę to robić dopiero jak jest w półśnie – na jawie zaczyna smętnie zawodzić, udaje Toma Waitsa albo wyje jak jakiś leśny zwierz. Reaguje tak niestety na bardzo wielu moich ulubionych wykonawców – Myrrę Rós, Mumford and Sons, piosenki z „Once” i sto innych. W ogóle to, co Brzydal mówi i wyrabia w łóżku przed snem, jest tematem na jakąś psychiatryczną naukową rozprawę. W centrum jego zainteresowań, oczywiście poza muzyką, jest to, co mam na sobie. A że mój organizm wariuje i co wieczór, niezależnie od temperatury, umieram z zimna, zazwyczaj zasypiam okręcona polarami od czubka głowy po palce stóp, zakutana w koce i z termoforem zwanym Żabolem. Jak mam bluzę z kapturem (z kapturem na głowie oczywiście), to mówi, że wyglądam jak Hałabała albo jak Papa Smerf (kaptur jest czerwony). Jak próbuje się dostać pod moją kołdrę, a tam jest tylko polar i pluszowe skarpety, to mówi, że spanie ze mną przypomina spanie z Alfem. No a jak jestem zawinięta w brązowo-beżowy koc, to udowadnia mi, że wyglądam jak krokiet. Do tego robi mi kompromitujące zdjęcia, które mają jego teorię uwiarygodnić i straszy mnie ich publikacją tu i ówdzie. A później ja się dziwię, że śnią mi się głupoty i jeszcze zrzucam to na książki.

Na kuchennej korkowej tablicy zawisła fotka z pierwszej strony lokalnej wyborczej, na której się przypadkiem znalazłam razem z całą ekipą, wprawiając w szał radości i napady dumy całą rodzinę. Zabawnie.

Od kilku dni na noc, na odgonienie tych oblężonych obrazów, znów ten kawałek:

Zł.

piątek, 21 marca 2014

historia wariactwa

Wracając do domu zajrzałam do rodziców. Straciłam siły na kuchennym krześle, opadłam czołem na blat stołu i wymamrotałam: Boże, to jest dom wariatów. D o m w a r i a t ó w... Na co Mama odpowiedziała bez wahania: No to świetnie tam pasujesz. Dzięki, Mamo. Naprawdę dzięki.

Mam teorię mówiącą o pochodzeniu mojego wariactwa. Żeby ją poznać, trzeba się cofnąć do jesieni 1984 roku. Właśnie wtedy moja Mama, będąc ze mną w zaawansowanej ciąży, przemierzała pewną trasę swoim rajdowym, czerwonym fiatem 126p. W samochodzie był jeszcze mój sześcioletni wówczas Brat i słoik zupy ogórkowej. Na jednym z zakrętów w okolicy przejazdów kolejowych na ulicy Naftowej słoik z zupą miał czelność się przewrócić, więc Mama automatycznie chciała go ratować. I tak uratowała słoik, że po chwili wylądowała w jakimś zapuszczonym ogródku, kosząc po drodze ogrodzenie, jakiś słupek i ze dwa drzewka owocowe. Po wygramoleniu się z auta, kiedy wokół zebrał się już tłum załamujący ręce nad rozwalonym fiatem, brzuchem mojej Mamy i słoikiem, mój Brat rzekł: Mamuś, nic się nie martw, nic nie powiemy tacie. Od kiedy znam tę historię, wszystkie swoje wariactwa przypisuję traumie powypadkowej. Wszystkie odchyły, obsesje i dziwactwa. I jak czasem już pękam i wymiękam, bo poziom absurdu w moim życiu już dawno przekroczył stan alarmowy, dzwonię do Mamy i mówię, że już nie mogę, że sobie w ogóle nie radzę i przekonuję ją, że to wszystko przez tę zupę. Mama nawet nie protestuje.

Poziom absurdu jeszcze się nie ustabilizował, a większość objawów jego podwyższonego stanu nie mieści mi się w główce. Na przykład to, jak Koleżanka z Pokoju w środowe późne popołudnie z jednym z naszych technicznych wielkim śrubokrętem mocowała mi do biurka małą katarynkę. Trzema śrubami. Do mojego biurka. Między telefon i drukarkę. Rechotała przy tym radośnie, a ja nie miałam nawet siły na protest. O graniu na plastikowej butelce piosenek o urokach spotkań na szlaku nawet nie wspomnę, bo takie obrazki są jak sen pijanego wariata, którego nie da się opowiedzieć.

W główce natomiast zaczyna mi się mieścić fakt, że jednak przyszła wiosna.
Zł.

sobota, 15 marca 2014

panda w koronie

- Może gdzieś wyjdziemy? – ze strony M padła nagła propozycja po moim kilkuminutowym telefonicznym monologu, w którym przekonywałam ją, że wszystko jest czarne, nic nie ma sensu, ludzie są beznadziejni i milion razy dziennie tracę równowagę. Propozycja spotkania wydawała mi się zaskakująca i bez sensu, bo sądziłam, że w obecnym stanie jestem ostatnią osobą, z którą ktokolwiek chciałby gdzieś wychodzić dla przyjemności. – Wiesz, pogadamy, na spokojnie, normalnie – zaproponowała M dokładnie w momencie, gdy rozmowa, a już nie daj Boże szczera, jawiła mi się jako straszliwa forma tortur. Prychnęłam w słuchawkę i na środku chodnika napadł mnie diaboliczny śmiech. I chociaż nie chcę się z nikim widywać i z nikim gadać, to jakimś cudem po kilku godzinach siedziałam z M na ławce na ohydnym skwerku pośrodku blokowiska. Dzieci tubylców dwie ławki dalej obrzucały się żwirem i takimi obelgami, o jakich nie śnili nawet nasi językoznawcy, a M słowo po słowie wyciągała ze mnie wszystkie popaprane historie o rozczarowaniach i zawodach, przez które się rozsypałam na sto kawałków i straciłam pewność siebie, zaufanie, jasność umysłu i przekonanie, że jakoś to będzie. Później mówiła M. A ona jak nikt inny potrafi się podnieść i wie, co mówi. Z pokorą przyjęłam kilka uwag i rad, a nawet groźbę, że mi jebnie jak się jakoś nie opamiętam. Na koniec dniówki jeszcze zdążyła zmusić mnie do kupna strasznie durnej koszulki z wielką pandą w koronie i podpisem, że życie nie jest łatwe nawet gdy jest się królem. Dostałam nakaz chodzenia w niej do pracy i w ogóle wszędzie.
W poprzednim poście pisałam, że mój ukochany zespół wraca na scenę. Nie poszłam na ten koncert, bo okazało się, że kilka lat czekania na ten występ było dla mnie niewystarczająco silnym argumentem, by w ogóle wyjść z domu. W planach mam inny ważny koncert dokładnie za dwa tygodnie i chciałabym mieć pewność, że zrobię wszystko, by tam być, tak jak kiedyś, tak jak zawsze wcześniej. Tam na bank przypomnę sobie, co jest ważne.
No i pół roku w nowej pracy minęło. Piorunem, nie?
Z.