sobota, 24 maja 2014

sob.

Bujałam się w hamaku na balkonie i piłam trzeci kubek paskudnej podwójnej melisy, krzywiąc się przy tym, jakbym piła tanią, ciepłą wódkę. Uznałam, że albo zajmę myśli czytaniem, albo zdurnieję do reszty, więc lekko otępiała melisą i bujaniem udałam się pod regał z książkami. Wybór mój padł na „Lesia”. Dzięki Bogu gdy czytałam go pierwszy, drugi i enty raz, zaznaczałam w nim fragmenty, które powodowały u mnie niepohamowany rechot, zanik oddechu i rozmazywanie makijażu. I teraz wystarczyło przeczytać dokładnie te fragmenty, by w niepohamowany sposób rechotać, mieć zaniki oddechu i rozmazać makijaż. Gdy Brzydal wrócił do domu po pracy, mój stan wskazywał, że albo się spiłam, albo ujarałam, albo ostatecznie straciłam rozum w domu wariatów, w którym spędzam czas od 8 do 16.

Dom wariatów rozwala mnie innością, zmiennością i nieprzewidywalnością. Jest też niezwykłym centrum tworzenia i rozprzestrzeniania się rozmaitych mniej lub bardziej nieprawdopodobnych plotek. Właściwie przez 4 lata w poprzedniej pracy słyszałam tyle plotek, co tutaj w pół roku, a do mnie - ze względu na moją nietowarzyskość i brak działań integracyjnych - i tak dociera tylko nikły ich procent. Moim największym błędem jest podobno niebywanie w dwóch najważniejszych pomieszczeniach budynku: w palarni i w bufecie. Nie bywać tam to nie wiedzieć nic. No więc nie wiem nic, a przynajmniej niewiele, a i owo niewiele wystarcza, żebym przynajmniej raz dziennie robiła wielkie oczy i waliła otwartą dłonią w czoło.

O domu wariatów czasem coś opowiadam rodzicom, którzy nieustannie twierdzą, że wreszcie gdzieś pasuję. Opowiadam Brzydalowi, którego komentarz zazwyczaj zamyka się w słowie: „Bożeeee…” Mówię coś czasami którejś z najbliższych koleżanek, które najczęściej wzdychają znad kawy: „chciałabym tam być…”, „chcę mieć twoją pracę” albo – hit – „chcę mieć twojego szefa”. Ja na szczęście jestem na etapie bycia pewną, że moja praca jest niezamienialna i nieoddawalna, mimo pojawiających się czasem tak durnych dni jak ten, który spowodował potrzebę bujania się w hamaku i przedawkowania melisy (fuj…).

No i szukam skutera. Pierwszy raz w życiu poczułam, że Sejm RP uchwalił coś, co mnie dotyczy. Szukam, bo to, co wybrałam i już właściwie chciałam kupić, zostało określone przez znającego się kumpla mianem "chińskiego gówna bez części zamiennych", więc szukam dalej. Ale mój wymyślony i wymarzony jednoślad jest coraz bliżej, czuję to. I to jest plan na najbliższe tygodnie.

Zł.