poniedziałek, 7 lipca 2014

paku paku

Zasypiam na siedząco. Za oknem dziki upał, a atmosfera w centrum Katowic przypomina czas sjesty w jakimś śródziemnomorskim kurorcie. A tu tylko beton i szkło i puste ogródki.
Przytargałam wczoraj od rodziców kwiatkową walizkę. Proces pakowania in progess. Nasze mieszkanie zaczyna przypominać obozowisko uchodźców: wszędzie walają się ciuchy, deska do prasowania stoi pośrodku salonu, po podłodze wiją się kable ładowarek. A ja, jak co roku, zostawiłam jakieś straszne pieniądze w sklepach, kupując mleczka do opalania i pianki na oparzenia. Wiem, w moim przypadku to bez sensu kupować te mleczka, skoro i tak nie działają i później w desperacji zostaje mi tylko pianka, którą i tak ostatecznie wypiera jogurt, chłodzone w lodówce ręczniki i nocne wycie do księżyca.
Szykowanie się do wyjazdu to też kilka unikatowych czynności: próby przewidzenia mniej lub bardziej egzotycznych chorób i zapaści i z tym związane sępienie recept na zapas na dziwne leki; wymiana muzyki w odtwarzaczu mp3, bo przecież od zeszłego roku zmieniło się wszystko i doszło miliard nowych cudnych piosenek, bez których nie ma wielogodzinnego jeżdżenia autobusem (ze starannym pominięciem w usuwaniu „Hot fuss” Killersów i „Transatlantisism” Death Cab For Cutie, bo te albumy są nieusuwalne i bez nich wyjazdów w ogóle nie ma); ciągnące się w nieskończoność stanie przy regale i gapienie się jak koza w książki, żeby wybrać tę jedną, no, może dwie, godne wyjazdu, odpowiednie tematem i klimatem, a to gapienie się tylko po to, żeby uznać, że nie mam co czytać i muszę iść do księgarni (ostrożnie: rok temu kupiłam na wyjazd trzy albańskie książki, z czego dwie przeczytałam przed wyjazdem, łamiąc tym samym swoje własne zakazy).
Pakuję się trochę jak przy przeprowadzce, a trochę jak na obóz wędrowny. Przedmioty tak oczywiste jak scyzoryk wrzucam z dziwadłami, jak antykomarowa wtyczka do prądu.
Brzydal pakuje się inaczej. W dzień wyjazdu otwiera walizkę, otwiera szafę, przekłada ciuchy z półek do walizki, zamyka walizkę i wyjeżdża. Co najciekawsze, jego walizka podczas naszych objazdowych eskapad zawsze wygląda jak świeżo spakowana. Idealnie. A moja? Widziałam kiedyś na ulicy przewrócony kontener na ciuchy. To jest właśnie ten widok.
Za trzy dni o tej porze będziemy już gdzieś w powietrzu. I tylko to mam w głowie.
Z.

Brak komentarzy: