sobota, 29 listopada 2014

Doktor Misio w Bielsku

Czwartkowy Doktor Misio w Bielsku? Nieustannie myślę o tym koncercie, z kilku powodów. Wspaniałe, dzikie, nieokiełznane pogo i niemal dwugodzinne hulanki i swawole zaowocowały u mnie m.in. bólem łopatki i żeber zaatakowanych kilka razy jakimś łokciem, awarią szczęki potraktowanej pewnie czyimś ramieniem, zdartym gardłem i utratą głosu i – nareszcie – powrotem do żywych. Dawno nie czułam się tak dobrze. Ale boli jak pieron.

Koncert w Rudeboyu zupełnie fenomenalny. Jeśli ktoś przy pierwszej płycie Misiów myślał, że chłopcy robią sobie jaja i że to jednorazowy wyskok kilku facetów, którym nie spieszy się, by choć trochę wydorośleć, to płyta „Pogo” udowadnia, że ich muzykę, teksty i zaangażowanie należy traktować poważnie. Płyta jest przemyślana i starannie wyprodukowana, trudno się od niej oderwać, ale to dopiero energia waląca ze sceny podczas koncertów pozwala w całości poczuć te mroczne, rasowo rockowe numery. Czwarty raz widzieliśmy Misiów na żywo. Muzycy są bezbłędni i charakterni. A Jakubik ma magiczną moc robienia z publicznością wszystkiego na co ma ochotę. Skąd się to bierze? Pewnie z tej wiary, którą on ma w oczach, w jego głębokim przekonaniu, że to właśnie tak ma wyglądać. Ja mu wierzę.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak wyszumiałam się na koncercie. Kult przy tym odpada, a ekipa z Gogol Bordello we wtorek będzie musiała się mocno nagimnastykować, żeby przyćmić muzyczno-sceniczny fenomen Doktora Misia. „Powstaniec” i „Parada” urywają dupę. A piosenki ze starej płyty chyba nigdy się nie zestarzeją. Chcę znów. I znów, i znów.

A tytułowe „Pogo”? Na końcu. Moja przyjaciółka, stojąca kilka metrów za mną, powiedziała z pewnym niepokojem, że widziała tylko kotłujący się tłum na wpół rozebranych facetów, a między nimi kotłowałam się ja. Hm…

Cholernie potrzebowałam takiego koncertu i takich emocji. Poprzedni tydzień spędziłam w dole o rozmiarach rowu mariańskiego. Weekend to próby zrozumienia myśli zmieszanych w jeden wielki rozwalający mnie tajfun. A ten tydzień napchałam do granic: czwartek – Dr Misio, piątek – impreza u nas, sobota – Andrzejki, niedziela – Renata Przemyk. Może tak trzeba, żeby to wszystko zagłuszyć. Czasem w hałasie słychać coś lepiej.

Na ile wystarczy mi tej energii, tego nie wiem. Ale przynajmniej wiem, gdzie jej później szukać.



Złośnica

czwartek, 20 listopada 2014

dart

Dotarły moje książki o Kaukazie. Cztery sztuki, całkiem opasłe, konkretne. I jedna nieporozna. O krajobrazach skażonych historią, zapomnianych, zarośniętych, na siłę wymazanych z map pamięci. Tam znowu te moje Bałkany, ale nie tylko, bo też Białoruś, Ukraina, Beskidy i tysiące innych. Czytam znów za późno i za długo. Po nocach, w które nie śni mi się nic, zazwyczaj nie wiem nawet jaki jest dzień.
 ---
Kupiliśmy z Brzydalem trzy ramki i rozpoczęliśmy żmudny proces poszukiwania trzech fotografii, które byłyby wystarczająco godne, by wisieć w naszym salonie i wyglądać odpowiednio. Wybór trzech zdjęć ze wspólnych trzynastu lat do łatwych nie należał, ale wybraliśmy kilkanaście pięknych, uroczych, romantycznych fotek, z nami na nich wielce zakochanymi i szczęśliwymi gdzieś na końcu świata. Po chwili doszliśmy do wniosku, że oglądanie ich grozi przysłowiowym zrzyganiem się tęczą, więc ostatecznie w punkcie obok mojej pracy wywołałam trzy obciachowe obrazki, na których wyglądamy jak wsiowe głupki, wywalamy jęzory albo robimy miny, którymi można straszyć niegrzeczne dzieci sąsiadów. Wstyd było odbierać, a jutro jeszcze muszę tam skoczyć służbowo...
---
Z innych zacnych pomysłów, relaksowaliśmy się na basenie. Ja pływałam jak wściekła, żeby wypływać cały wkurw, a Brzydal po przepłynięciu czterech długości basenu sportowego odmówił dalszej aktywności innej niż leniwe unoszenie się na powierzchni wody sięgającej mniej więcej do połowy uda.
---
A na drzwiach pierdolnika zamontował tarczę do darta, od której oderwać mnie można tylko granatem. Wspaniała rzecz. Odkryłam w sobie zatajony dotąd talent, ogrywając pomysłodawcę raz za razem. I ani razu nie trafiając w szybę ani w lampę... Miszcz.
---
Ktoś jeszcze na Doktora Misia do Bielska? Mamy jedno wolne miejsce w aucie.
---
Z.

poniedziałek, 17 listopada 2014

240

240 dni do urlopu. I weź się tego trzymaj. Pstryk i będzie. Zobaczysz.
Nie wiem, co robimy w weekend, ani w Sylwestra, ani na feriach, ale pierwszy raz w życiu z takim wyprzedzeniem mamy plany na wakacje. Cudowne, fantastyczne i elektryzujące. Już zamówiłam pięć książek, żeby zacząć się wgryzać i w temat, i w klimat. I przynajmniej raz dziennie mówię Brzydalowi, że ja już siedzę w pewnym pociągu, że już jadę nim w środku nocy i gapię się przez okno, za którym pewnie tylko stukot na torach i czarna otchłań. Chcę bardzo.
Po dwudniowej napędzonej adrenaliną euforii ponownie wpadłam w swój klasyczny wycof. Taki że nie mam ochoty z nikim rozmawiać i najchętniej zrobiłabym wszystko, by inni też nic do mnie nie mówili. Ale jako że od 14 miesięcy pracuję z ludźmi (próbuję), ograniczanie kontaktów nie do końca wchodzi w grę.
Im bliżej wieczora, tym bardziej trzęsę się z zimna (niezależnie od temperatury i od ilości polarowych warstw, które mam na sobie) i tym bardziej walczę z wciąż pęczniejącą chęcią wykonania kilku telefonów i wywrzeszczenia wszystkiego, co się zbierało przez ostatnie miesiące. Oczywiście tego nie robię, więc tylko dalej trzęsę się trochę z zimna, trochę z nerwów i nie mogę zasnąć, kiedy Brzydal już uroczo kima od godziny, dwóch czy trzech. Zaśnij. Zaśnij wreszcie, bo nie wstaniesz rano. Nieprzytomna będziesz, znowu jedno zdanie osiem razy będziesz czytać. I bach, ciemno, a przed oczami jak pacynki latają mi twarze, których wolałabym nie widzieć, pytania których nie zadaję na głos.
Zagłuszam odliczaniem.
240 dni do urlopu.
10 dni do koncertu Doktora Misia.
15 dni do koncertu Gogol Bordello.

zł.

piątek, 7 listopada 2014

klub trup

Muszę odpocząć. Nie pamiętam, jak wróciłam dziś do domu, a to znaczy, że już za dużo.
Tak jak kiedyś rano zamiast do pracy pojechałam na parking pod realem i tam zaparkowałam.
To mniej więcej jest już ten stan.
Mam ochotę zagrzebać się z koc, obłożyć termoforami i czytać moją nową książkę o Mołdawii. Ale mamy z Brzydalem inne plany. Niestety. Na szczęście.
Plany na dziś: teatr.
Plany na sobotę: teatr.
Plany na niedzielę: impreza.
Plany na wtorek: NOSPR.
Plany na środę: teatr.
Plany na najbliższe dni: mimo wszystko odpocząć tak, żeby nie musieć przeginać ze współczesną farmakologią.

Bo inaczej będzie Klub Trup







wtorek, 4 listopada 2014

powstaniec

Trzy miesiące. Ponad. Nie miewałam takich przerw.
Ale nie miewałam też takiego burdelu w głowie.
Tylu emocji jednocześnie. Huśtawki takiej.
Huśtawki są OK tylko na krótką metę. Naprawdę fajne są rollercoastery. Kiedy nie wiadomo, co za zakrętem, ale na pewno coś, na co warto czekać. Z czym chce się z piskiem zderzyć i z tego zderzenia wyjść ze śmiechem.
A u mnie huśtawka. Pfff.
Wielkie radości mierzone w minutach. Jakieś szybkie imprezy. Dużo teatru. Koncert Kultu. Bilety na Gogol Bordello od sierpnia w ramce stoją, żebym mogła się na nie codziennie gapić i czekać do grudnia.
Sto kaw wypitych w Gatto Nero. Sto przegadanych godzin. Trochę przemilczanych, nie mniej potrzebnych.
Tysiące stron o Bałkanach. I nagle stop. Na jakiś czas przerwa w ludobójstwach i ekshumacjach. Miałam nadzieję, że dzięki temu jakoś to wszystko zrozumiem. Niestety tylko więcej wiem.
Niespełnione marzenie o Sarajewie wciąż wysoko na liście „MUSZĘ”. Zaraz obok Belgrad.
Na liście „CHCĘ” Górny Karabach, Armenia i Azerbejdżan, Baku i Erywań. Osetia i Inguszetia. Mołdawia, Naddniestrze, Gagauzja. Nie powinnam w ogóle czytać książek, które to we mnie budzą. Chociaż sądząc po Kosowie, to nie jest niewykonalne przeskoczyć z „CHCĘ” na „MUSZĘ”, z „MUSZĘ” na „MAM”. A może to był przypadek. Głupi ma szczęście. Czasami.
Zgubiłam gdzieś mój stan umysłu sprzed kilku miesięcy. Nie bardzo mam teraz siłę, żeby go odnaleźć. Strasznie za nim tęsknię.
Ani się pożądnie wygadać, ani wypłakać, ani opamiętać.
Wszyscy dookoła mówią mi, że nie można mieć wszystkiego.
Zupełnie jakby to było jasne, oczywiste i sprawdzone.
Pieprzenie.
No to próbuję, bo się nie zgadzam.
Próbuję.
Próbuję.
I znów dociera do mnie, że faktycznie nie można.
Co rano takie małe Czwarte Powstanie Śląskie.
Zł.