poniedziałek, 17 listopada 2014

240

240 dni do urlopu. I weź się tego trzymaj. Pstryk i będzie. Zobaczysz.
Nie wiem, co robimy w weekend, ani w Sylwestra, ani na feriach, ale pierwszy raz w życiu z takim wyprzedzeniem mamy plany na wakacje. Cudowne, fantastyczne i elektryzujące. Już zamówiłam pięć książek, żeby zacząć się wgryzać i w temat, i w klimat. I przynajmniej raz dziennie mówię Brzydalowi, że ja już siedzę w pewnym pociągu, że już jadę nim w środku nocy i gapię się przez okno, za którym pewnie tylko stukot na torach i czarna otchłań. Chcę bardzo.
Po dwudniowej napędzonej adrenaliną euforii ponownie wpadłam w swój klasyczny wycof. Taki że nie mam ochoty z nikim rozmawiać i najchętniej zrobiłabym wszystko, by inni też nic do mnie nie mówili. Ale jako że od 14 miesięcy pracuję z ludźmi (próbuję), ograniczanie kontaktów nie do końca wchodzi w grę.
Im bliżej wieczora, tym bardziej trzęsę się z zimna (niezależnie od temperatury i od ilości polarowych warstw, które mam na sobie) i tym bardziej walczę z wciąż pęczniejącą chęcią wykonania kilku telefonów i wywrzeszczenia wszystkiego, co się zbierało przez ostatnie miesiące. Oczywiście tego nie robię, więc tylko dalej trzęsę się trochę z zimna, trochę z nerwów i nie mogę zasnąć, kiedy Brzydal już uroczo kima od godziny, dwóch czy trzech. Zaśnij. Zaśnij wreszcie, bo nie wstaniesz rano. Nieprzytomna będziesz, znowu jedno zdanie osiem razy będziesz czytać. I bach, ciemno, a przed oczami jak pacynki latają mi twarze, których wolałabym nie widzieć, pytania których nie zadaję na głos.
Zagłuszam odliczaniem.
240 dni do urlopu.
10 dni do koncertu Doktora Misia.
15 dni do koncertu Gogol Bordello.

zł.

Brak komentarzy: