wtorek, 4 listopada 2014

powstaniec

Trzy miesiące. Ponad. Nie miewałam takich przerw.
Ale nie miewałam też takiego burdelu w głowie.
Tylu emocji jednocześnie. Huśtawki takiej.
Huśtawki są OK tylko na krótką metę. Naprawdę fajne są rollercoastery. Kiedy nie wiadomo, co za zakrętem, ale na pewno coś, na co warto czekać. Z czym chce się z piskiem zderzyć i z tego zderzenia wyjść ze śmiechem.
A u mnie huśtawka. Pfff.
Wielkie radości mierzone w minutach. Jakieś szybkie imprezy. Dużo teatru. Koncert Kultu. Bilety na Gogol Bordello od sierpnia w ramce stoją, żebym mogła się na nie codziennie gapić i czekać do grudnia.
Sto kaw wypitych w Gatto Nero. Sto przegadanych godzin. Trochę przemilczanych, nie mniej potrzebnych.
Tysiące stron o Bałkanach. I nagle stop. Na jakiś czas przerwa w ludobójstwach i ekshumacjach. Miałam nadzieję, że dzięki temu jakoś to wszystko zrozumiem. Niestety tylko więcej wiem.
Niespełnione marzenie o Sarajewie wciąż wysoko na liście „MUSZĘ”. Zaraz obok Belgrad.
Na liście „CHCĘ” Górny Karabach, Armenia i Azerbejdżan, Baku i Erywań. Osetia i Inguszetia. Mołdawia, Naddniestrze, Gagauzja. Nie powinnam w ogóle czytać książek, które to we mnie budzą. Chociaż sądząc po Kosowie, to nie jest niewykonalne przeskoczyć z „CHCĘ” na „MUSZĘ”, z „MUSZĘ” na „MAM”. A może to był przypadek. Głupi ma szczęście. Czasami.
Zgubiłam gdzieś mój stan umysłu sprzed kilku miesięcy. Nie bardzo mam teraz siłę, żeby go odnaleźć. Strasznie za nim tęsknię.
Ani się pożądnie wygadać, ani wypłakać, ani opamiętać.
Wszyscy dookoła mówią mi, że nie można mieć wszystkiego.
Zupełnie jakby to było jasne, oczywiste i sprawdzone.
Pieprzenie.
No to próbuję, bo się nie zgadzam.
Próbuję.
Próbuję.
I znów dociera do mnie, że faktycznie nie można.
Co rano takie małe Czwarte Powstanie Śląskie.
Zł.



Brak komentarzy: