poniedziałek, 28 grudnia 2015

4 km

Dziś przebiegłam moje pierwsze 4 kilometry. Nie myślałam, że dam radę w tym roku.
W Święta i po Świętach bardzo zakochana. Mnóstwo czasu razem. Mnóstwo mnóstwo mnóstwo.
I nadal bez zmian Ben Howard.
z.

PS
Brzydal: Co ty tak męczysz tę piosenkę i męczysz? Chociaż nie, to ten facet się męczy! ;)

środa, 23 grudnia 2015

hello love, my invincible friend, hello love, the thistle and the burr



That's how summer passed:
The great dividing range, the green, green, grass
And oh maybe I hold on fast
To you
Then, hello love
My invincible friend
Hello love
The thistle and the burr
Hello love
For you I have so many words
But I, I forget where we were
I forget where we were

wtorek, 22 grudnia 2015

drive darling, drive

Jednoznacznie dobry dzień w pracy. Jednoznacznie i nareszcie. Dużo dobrych emocji i dobrych słów.
A do domu wracałam w naprawdę miłym towarzystwie...


poniedziałek, 21 grudnia 2015

make sure your behind the white lines

Boję się siebie sprzed tygodnia. Tej lepkiej czerni w głowie i tej absolutnej pewności, że nic nie mogę zrobić.
Nie zmuszaj się - od dawna mawia mi moja Mama, kiedy widzi, że czegoś nie chcę.
Ale czasem trzeba. Do biegania, żeby jakoś odreagować. Do rozmowy, żeby coś się zmieniło, żeby nie szaleć kolejnego dnia i kolejnej nocy i kolejnego dnia i kolejnej nocy. Bo mnie czasem trzeba przycisnąć, przywalić łapą jak niedźwiedź i nie puszczać aż uznam, że jakoś się podniosę.
Z wdzięcznością myślę o tym, że i tym razem się udało.


poniedziałek, 14 grudnia 2015

3 km

Bezsenna noc spowodowała, że przemyślałam to wszystko. Jak na jakimś durnym filmie. I lepiej, i gorzej. Chociaż chyba jednak gorzej. Nie mam z kim pogadać.
Dziś pierwszy raz przebiegłam 3 kilometry. Przez całą drogę strasznie psioczyłam w głowie i kurwowałam. Efekt uboczny nocnych przemyśleń i straszna walka.
Dziś też pierwszy raz wyłączam na noc pocztę w telefonie. Efekt nocnych przemyśleń. Straszna walka.
Okazuje się, że to wszystko jest w głowie, i to bieganie, i te wszystkie potyczki, z których wychodzę coraz bardziej poturbowana.
z.

czwartek, 10 grudnia 2015

I was your sorry-ever-after

Świetnie wyszły te ostatnie wagary. Pierwszego wolnego dnia odkrywałam na przykład, jak cudownie jest w środku tygodnia wcześnie rano jeść ciastko z Brzydalem w przytulnej kawiarni. Wiele godzin kręciłam się z przyjaciółką po sklepach (w stylu: weszłyśmy na chwilę, a jak wyszłyśmy, to już było ciemno). Zjadłyśmy niezdrowy obiad i obgadywałyśmy facetów. Było cudownie. Po tych kilku godzinach czułam się jak na wakacjach. Drugi dzień spędziłam u kumpeli pod Bielskiem, gdzie z kolei słuchałam, jak to jest mieć męża, dzieci i firmę. To też pouczające i oczyszczające.
Kryzys przyszedł w nocy z piątku na sobotę, jak dotarły do mnie niepokoje związane z tym, co działo się w robocie, gdy mnie tam nie było. I właściwie dwa dni luzu poszły się bujać, bo dwa kolejne dni spędziłam w takim zaczajonym stresie. To tak jakby się ciągle siedziało w cieniu. Dziwnie. Może tak już będzie i walka z tym to już tylko strata energii? A energii teraz potrzebuję jak mało czego.

Ostatniego dnia przed tym wolnym, kiedy własne myśli zjadały mi mózg i spływały po policzkach, usłyszałam, że powinnam iść pobiegać.
Ilekroć w ostatnich latach mijał nas biegacz, kolektywnie z Brzydalem zawodziliśmy: Boże, kto by mi się kazał tak męczyć? I wybuchaliśmy śmiechem.
Mam buty, na których jest napis: Running Sucks.
Jest tyle innych sportów! Są rolki, jest longboard, snowboard, ping pong, seks.
Nie wytrzymam. Ja pierdolę, nie wytrzymam. I poszłam biegać. Z bezsilności.
Oczywiście po trzystu metrach mało nie umarłam.
Ale po dwóch dniach przeleciałam już dwa kilometry. Po kolejnych dwóch dniach - kolejne dwa kilometry. Po kolejnych - 2,77 km. Nie rozumiem, jak to działa, ale układa pod deklem. I dobrze się później śpi.
Oczywiście jest to wszystko strasznie zabawne. Zaczynać przygodę z bieganiem w grudniu, gdy na dworze jest ledwo, ledwo powyżej zera. Śmieszne też jest na przykład to, że kupiłam chyba pierwsze w życiu dresowe spodnie. I że muszę pod nie zakładać termiczne geterki, które Brzydal - nie bez przyczyny - nazywa pieszczotliwie Strojem Panczenisty. Mimo że jest to wszystko dość fachowe, to i tak wyglądam jak lunatyk, który się urwał z domu w piżamie i zwiedza okolicę. Dalej... Brzydal zdecydowanie odmówił biegania ("kto by mi się kazał tak męczyć?"), ale też nie przyjmuje do wiadomości, że mogłabym po ciemku wyjść gdziekolwiek samopas. Pożyczył więc od Teścia kijki i zasuwa za mną, wydając przy tym dźwięki jak Edward Nożycoręki. Ja po bieganiu natomiast tak świszczę płucami, jakby mi się pod skórą wylągł Obcy, który sobie niezależnie ode mnie oddycha. Cyrk.
Chytry plan zakłada bieganie co drugi dzień, bo podobno tak jest najmądrzej. Trzymajcie kciuki, żebyśmy wytrwali do tego wyczekanego, wymarzonego wyjazdu na lodowiec...

W tym wszystkim w uszach non stop klasyczne, cudowne i fenomenalne "74-75" The Connells. Piosenka, która wraca do mnie jak fala co kilka, kilkanaście miesięcy i zmiata wszystko inne, każdą inną nutę. Słyszę to w uszach jak się budzę, jak się kąpię, jak jadę do pracy słyszę ją w aucie, później w pracy, jak zostaję sama, później znów w aucie, dzwoni mi w uszach gdy biegam. I znowu, i znowu, i znowu, i znowu, znowu, znów i znów. Kołysze, koi i uspokaja. Pamiętam, że gdy kilkanaście lat temu rodzice kupili mnie i mojemu bratu pierwszy komputer z nagrywarką, to namiętnie nagrywałam składanki z ukochanymi piosenkami i że ta jako jedyna była na każdej z tych składanek. Dopiero teraz próbuję ją przesłuchać na nowo, jak baba po trzydziestce, a nie jak ledwie nastolatka. I was your sorry-ever-after...


środa, 2 grudnia 2015

yesterday was hard on all of us

Dopiekł mi poprzedni tydzień. Ludzie mnie zawodzili i drażnili. W piątek miałam ochotę to wszystko wywrzeszczeć jeszcze w pracy, ale nie bardzo było komu. Nie można gnębić tych, którzy też chodzą zachmurzeni swoimi sprawami. Wywrzeszczałam się więc w domu Brzydalowi, który słuchał uważnie i tylko dolewał mi wódki o smaku kukułki. Ugłaskał mnie i uspokoił. Weekend nie przyniósł jednak wielkiego przełomu w nastroju: poza głaskaniem mogłoby się nic innego nie dziać, ale się działo: praca (plener, kilka godzin, dwa stopnie na plusie, nawet termiczne geterki nie pomagały), zakupy ("nie chcę tam iść, tam są ludzie i trzeba wybierać jakieś rzeczyyyyy...."), rodzinna impreza ("nie chcę tam iść, tam są ludzie i trzeba coś mówiććććć..."). Miałam mały atak paniki, w którym wysuszona, pomalowana, ubrana, słowem: gotowa do wyjścia nagle z powrotem wlazłam pod kołdrę i poczułam, że nie wstanę. Koniec.
W poniedziałek rano wiedziałam, że muszę się urwać, pomyśleć o czymś innym, czymś innym się zająć. Wypisałam urlop na czwartek i piątek. Mój ostatni urlop dłuższy niż jeden dzień był w lipcu. Kadrowa goni mnie jak z widłami, bo w całej naszej instytucji, zatrudniającej 140 osób, mam najwięcej dni niewykorzystanego urlopu. Zaczął się grudzień, a ja mam 21 wolnych dni. Za miesiąc będę mieć kolejne 26. Gdybym wzięła to cięgiem od teraz, wróciłabym do pracy pod koniec lutego. Hmmm.
Od trzech dni myślałam o tych głupich dwóch dniach jak o jakimś zbawieniu. Jak dzisiaj pakowałam rzeczy, to czułam się jakbym szła na wagary, albo jakbym przed czymś uciekała, jakbym robiła coś absolutnie nieprzyzwoitego i nie na miejscu. Gdy próbowałam wyjść ze służbowym komputerem, zostałam spacyfikowana przez koleżankę z pokoju, która zabroniła mi pracować, dzwonić, ściągać maile, interesować się, przyjeżdżać, pisać i odbierać służbowy telefon. Wpadam w lekką panikę na myśl, że mam tego wszystkiego nie robić.
Teraz wydaje mi się, że potrzebuję tej przerwy. Że zresetuję głowę i że jakoś to będzie.
Gorzej jak okaże się, że się myliłam. Że to nie to.

czwartek, 5 listopada 2015

miasto śpi ulic styk jedna z klisz świata strych

4 listopada rano wsiedliśmy z Brzydalem do pociągu, a wieczorem przyjechaliśmy moim cudownym, nowym, pięknym, nieprzyzwoicie szybkim autem. Autkiem właściwie. Jest tak maleńki, że rozczula mnie jak na niego patrzę. Rano wydaje mi się, że merda ogonem na mój widok, gdy przychodzę po niego do garażu. W środku cały świeci i błyszczy i pachnie nowością. Jest cudowny. Gra muzyką jak dziki, cicho mruczy silnikiem, drażni kierowców dużo większych i dużo poważniejszych samochodów. Bo czerwony zawsze jest szybszy.
Oczywiście ci, którzy mają większe auta (czyli hmm... wszyscy?), ostro się ze mnie nabijają. Brzydal udawał nawet, że szuka w googlach "gdzie jest bagażnik?", kumpel z pracy twierdzi, że to nie bagażnik, tylko schowek na rękawiczki albo na kopertówkę, a mój własny szef przy dzisiejszym oglądaniu auta i bagażnika wpadł w tak dobry nastrój, że na środku chodnika zgięty wpół zaśmiewał się na głos i nie był w stanie nic powiedzieć (przyznaję, dawno już nie słyszałam, by się aż tak z czegoś śmiał...). Chociaż nie, chyba mówił coś, że to nie-moż-li-we czy coś takiego...
Brzydal też zmienił samochód. W związku z tym mamy różne dziwne wizje, np. że w styczniu pojedziemy jednak moim autem na lodowiec. Mój snowboard ma jeszcze jakąś szansę wejść do tyłu, ale Brzydal swoje narty będzie musiał trzymać na zewnątrz (tzn. jechać jako pasażer, mieć otwarte okno, za oknem trzymać prawą rękę i w tejże trzymać narty wzdłuż samochodu).
Hmmm...

sobota, 31 października 2015

wygramy na pewno kochanie

23 października nagle i niespodziewanie sprzedałam mój kochany mały zielony samochód. Podobno kierowca cieszy się z auta dwa razy: przy kupnie i przy sprzedaży. Stało się to tak szybko, że nawet nie zdążyłam się porządnie wzruszyć. Dinożarł odjechał.
Od tygodnia wożę się dużym, silnym, sportowym samochodem mojego Taty, choć prosiłam, by na te kilka dni dojazdów do pracy rodzice pożyczyli mi rozklekotane doblo. Nie zgodzili się. Uznali, że doblo to jednak wstydzior i jak ja w tym będę wyglądać i oddali mi 180-konne bydlę, demona, który wbija mnie w fotel i sprawia, że na Roździeńskiego czuję się jak na wielkim torze dla gokartów. Wiem, szczeniackie to i niepoważne, ale kusi jak pieron.
Poza tym od ponad tygodnia coś mnie delikatnie i nieśmiało rozkładało, ale oczywiście to zaszumiałam, zakrzyczałam i zignorowałam. Efekt był taki, że w środę w południe wróciłam do domu z pracy na czworakach. Padłam do łóżka i leżałam tak do piątku rano, kiedy to uznałam, że nastąpiło cudowne ozdrowienie, więc ogarnęłam się i poszłam do pracy. W domu znów mnie trzepnęło po głowie i padłam, w związku z tym dzisiejszy dzień, sobotę, znów spędziłam w łóżku kaszląc, smarkając, charcząc i wzdychając. Szybkie wyjście do Plejady przypominało efekt znany z teledysków i komedii romantycznych: bohater stoi nieruchomo pośrodku jakiegoś sklepu, a dookoła w przyspieszeniu zasuwają tłumy ludzi. To ja. Stałam między stoiskami i przysięgam, że nie wiedziałam gdzie jestem, gdzie iść, po co mi w ogóle ta marchewka i czy mogę się teleportować do łóżka.
I teraz siedzę owinięta w koce, pijąc osiemnastą dziś herbatę i rozważam, czy jutrzejsze wyjście na grobbing coś zmieni w moim samopoczuciu. Wolałabym nie dać się tak zupełnie zmieść, bo. 1. w poniedziałek chcę iść normalnie do pracy (to też chyba jest jakaś choroba) i chcę się zobaczyć z szefem, 2. też w poniedziałek jestem służbowo umówiona na kawę z pewnym księdzem, co jest dla mnie tak niecodziennym doświadczeniem, że z ciekawości nie chcę tego odwoływać, 3. na wtorek rano mamy z Brzydalem kupione bilety na pociąg do Warszawy, skąd planujemy wrócić moim nowym rydwanem, co spędza mi sen z powiek i sprawia, że się jaram jak Rzym za Nerona.
Mimo moich spadków formy, nasze życie trzyma się w jednym kawałku, bo czuwa nad wszystkim Brzydal. Przygotował moje auto do sprzedaży, liczył forsę, kiedy ja byłam w szoku, znalazł mi nowe auto, zamówił mi felgi i opony zimowe, załatwił ubezpieczenie, kupił mi gigantyczny pendrajw na moc muzyki i pamiętał o charakterystycznej naklejce z Kotem Simona na wlew paliwa. Poza tym z powodu zmiany czasu cierpi na bezsenność i np. o 5 rano wyciera kurz w salonie, żeby nie umrzeć z nudów. No i nie ma dnia, żeby nie rozśmieszył mnie do łez. No i chodzimy do teatru. I jeszcze do snu słuchamy muzyki. Od 188 tygodni w tym mieszkaniu. Dzisiaj wygramy powstanie i jutro też.

środa, 21 października 2015

oh why do they teach us Shakespeare?


turn the pages
oh Romeo he gets so excited
to get to the end
well turn the pages my friend
and learn nothing

sobota, 17 października 2015

dziura w życiorysie

Za rok znów będę się zastanawiać, skąd kilkutygodniowa dziura w życiorysie. Co z tobą, nic się nie działo? Odwrotnie, działo się i dzieje. Na wiele dni dopadł mnie znajomy stan nie-chcę-z-nikim-gadać, a co rano na brzegu łóżka trwa nierówna walka ducha z materią. Próbowałam nawet porównywać, czy gorsze są poranki, kiedy powinien świecić nade mną neon „nie mów do mnie z rana”, czy wieczory, kiedy wracam do domu w strzępach, zamarzam i nie mam absolutnie nic do powiedzenia. Ostatnie dni trochę lepiej: w niedalekiej przeszłości dwie duże weekendowe imprezy w pracy, które się udały, a to zawsze dobrze robi na głowę.

Faktycznie cieszą mnie radości wielkiego kalibru. Drobiazgi nie istnieją, jakby mi ktoś założył filtr.

Za 84 dni jedziemy na lodowiec, przez kilka dni szaleć na śniegu. Umowa podpisana, kasa jakimś cudem wpłacona (cudem zleceń). Przez dwa lata nie udało się nam jechać, a teraz jakoś niespodziewanie ten rok nam to umożliwił. To super, bo akurat tam będziemy świętować nasze 15 lat nieprzerwanego wspólnego życia. Niewiele jest na świecie miejsc, gdzie czuję się lepiej niż tam, na tych trzech tysiącach metrów, w absolutnie nieprzyjaznych, surowych warunkach, gdzie liczymy się tylko ja i Brzydal, nasze deski, nasze umiejętności i to, że na tym końcu świata jesteśmy razem i oboje jaramy się tak samo. Na końcu świata w pionie, nie w poziomie. Nasz koniec świata w poziomie to przecież Baku.

W ramach dalszego nierozsądnego wydawania pieniędzy, zdecydowaliśmy się też zmienić samochody. U Brzydala przypomina to planowaną miesiącami operację wojskową, do której jest przygotowany jak żołnierz jednostki specjalnej: wie wszystko, wszystko widział, wszystko sprawdził, wszystko przetrenował. I tym mi imponuje, bo od razu czuję się bezpieczniejsza. Ja już raz zrobiłam taki numer, że kupiłam samochód tak, jak kupuje się bułki: wyszłam z domu i kupiłam cudowny samochód, nawet nie jadąc na jazdę próbną, bo moje prawo jazdy dopiero się drukowało. Okazał się strzałem w środek tarczy i nie zawiódł mnie przez ostatnie pięć lat. Teraz wybierając nawet nie wyszłam z domu. To trochę tak, jakbym przez Internet kupowała błyszczyki. Chociaż ok, trochę zaangażowania w tym było. Zrobiliśmy jazdę próbną w Katowicach, a później w Warszawie. I właśnie tam czeka na mnie cudak, którego odbieramy za 17 dni. Cały nierozsądek sytuacji polega na tym, że planowałam zmienić samochód w połowie przyszłego roku, a nie teraz, i że miałam na niego wziąć kredyt, a nie wytrząsywać oszczędności ze wszystkich skarpet i liczyć, czy mi wystarczy. Chociaż mój przyjaciel, z którego zdaniem zazwyczaj się liczę, przez kilka dni ładował mi do głowy, że trzeba ulegać swoim kaprysom, nawet jak są TAKIE. No to uległam. Trochę w tym wszystkim strachu, trochę podekscytowania, trochę takiej szczeniackiej wolności. Czekam na moment aż poczuję, że tak właśnie miało być.

A wczoraj byłam z dwiema cudownymi koleżankami na „Komecie”. Bo jak to bywało lata temu, jak jest „Kometa”, to ja na „Komecie”. Nie wiem, który to już raz. Chyba –naście. Za każdym razem obiecywałam sobie, że ostatni. Ciągle działa. Znów przeryczałam pół spektaklu i wychodziłam z teatru rozmazana jak miś panda. Tydzień temu byliśmy z Brzydalem na Hłasce, jutro Różewicz. To wszystko też dobrze robi na głowę.



poniedziałek, 7 września 2015

Doktor Misio w Chorzowie

Za nami kolejny cudowny, energetyczny, do granic możliwości rockowy i niegrzeczny koncert Doktora Misia. Tym razem budą, którą trzeba było rozwalić w drzazgi, była chorzowska Szuflada. Urocza niewielka scena i parkiet, który musiał znieść pogo, darcie pysków, przepychanki i niepohamowane ataki euforii.
Chłopcy odświeżyli setlistę, trochę ją postarzając. W porównaniu z trasą sprzed pół roku, teraz jest więcej kawałków z pierwszej płyty. Wróciła cudna "Krew na księżycu", wrócił "Mail od umarłego", była też "Śmierć w Tesco". Zabrakło mi tylko "Parady nieżywych", którą uwielbiam, ale która i tak blednie przy moim absolutnie ulubionym "Powstańcu", który na szczęście się pojawił.
Tak śpiewałam, tak się darłam, że w połowie koncertu myślałam, że kompletnie zedrę gardło i stracę głos. Skakałam, tańczyłam i pogowałam, szalałam, szumiałam i bawiłam się najlepiej na świecie. Ostatni raz tak dobrze czułam się w tym słynnym już nocnym pociągu jadącym przez cały wielki Azerbejdżan. To ten sam reset w głowie, ta sama czystka w myślowych śmieciach i wyłącznie dobre emocje. Czułe witanie się z liderem i to, że zadedykował mi "Młodych", tylko te odczucia potęguje. Bo muszą być emocje, konkretne, w dużej ilości. Bez tego w.ogóle.nic.nie.ma.sensu.




środa, 2 września 2015

jak już pić, to szampana...

...najlepiej z samego rana.

Ale powód był ważny, poważny i godny. Rocznicowy.
2 września 2013 roku wywaliłam własne życie do góry dnem, wskoczyłam w jakiś energetyczny tajfun, milion razy umarłam z emocji i zaczęłam nową pracę.
Minęły dwa lata tego szaleństwa. Nadal jestem święcie przekonana, że nikt na świecie nie ma takiej pracy jak ja. Że mam tak absolutnie unikatowe warunki i otoczenie, że żadne inne miejsce pracy nie jest w stanie nawet się do mojego zbliżyć.
Niby szybko minęło, ale z drugiej strony ten czas był do granic wypchany uczeniem się nowych rzeczy. Jestem więc trochę starsza, może trochę mądrzejsza, trochę więcej umiem, mniej się boję, rzadziej mam kryzysy związane z tym, do czego się nadaję, a do czego nie. No i nadal jestem wdzięczna za zaufanie, które czuję nie 8 godzin dziennie, a 24 godziny na dobę.
Wypiliśmy dziś tego szampana za kolejne... 30 lat razem. Hmmm...

środa, 19 sierpnia 2015

ping-pong love

Specyfika mojego specyficznego zakładu pracy sprawiła, że z domu rodzinnego wywiozłam do pracy stół do ping-ponga. Kiedyś graliśmy na nim rodzinno-przyjacielskie turnieje, a gdy zabrakło dla niego miejsca, mnie brakło ping-ponga.
Stół stoi na najwyższym piętrze w dużej sali z cudownym widokiem z okien. Za nami fala szalonych, nieludzkich upałów. I w te największe upały Brzydal i ja jeździliśmy tam wieczorami, żeby godzinę popykać w tych czterdziestu stopniach, upocić się jak świnie, zmęczyć się i później cudownie spać.
Teraz z powodu dzikiego nawału pracy gramy mniej, ale i tak wygraliśmy dotąd prawie 20 godzin. Sama radość i odreagowanie. Gram tylko z facetami i robią mnie jak chcą, ale czasem nie bez kłopotów... Każdy punkt cieszy mnie jak set. A set jak mecz. Mecze mi się raczej nie zdarzają...
Praca pracą, ale do treningów, i to intensywnych, trzeba wrócić, bo szykuje się pewien zacny turniej, na którym nie mogę się aż-tak-bardzo skompromitować.
I przede mną jeszcze kilka takich wydarzeń, na których też nie mogę się aż-tak-bardzo skompromitować...  Ukojenia nerwów szukamy z Brzydalem w naszej nowej ulubionej miejscówce, która nazywa się Palma Chill Out. Kto ma blisko na Górkę Środulską, niechaj idzie posiedzieć na leżaku, wypić desperadosa i zjeść fenomenalne fryty.
No i koncert Doktora Misia w Chorzowie się zbliża. Który to już? Siódmy? Nareszcie. Niech się dzieje.

sobota, 15 sierpnia 2015

Kaukaz. Na koniec.

Co zostało mi po wyjeździe na Kaukaz?
- blizna po spotkaniu nogi z wielkim kamieniem na wzgórzu w Tbilisi
- guz na głowie po przywaleniu w sufit jednego z tuneli hardkorowej trasy skalnego miasta Wardzia
- idiotycznie opalone stopy - jak zwykle od moich ulubionych sandałów, bez których w ogóle wolałabym zostać w domu
- para białych wełnianych rękawiczek od babci z cmentarzyska chaczkarów
- 800 zdjęć (i 1000 Brzydalowych)
- wiza do Azerbejdżanu, już niestety nieaktualna
- Baku w głowie i Baku pod powiekami
- zmęczenie, które trudno odespać
- wrażenia, które trudno zagłuszyć
- chcica, żeby wyjechać znów...


czwartek, 13 sierpnia 2015

Kaukaz. Gruzja. Batumi. Starcie drugie.

Pierwszą noc w Batumi wspominam upiornie. Im jestem starsza, tym częściej dopada mnie niepokój nowego miejsca, ciemności, nieznanych uliczek gdzieś na peryferiach, wałęsających się psów. Ale teraz byliśmy po dwutygodniowym szaleństwie w trzech krajach, w których odnaleźliśmy zabawę, spokój, relaks, imprezy, zakupy, rozmowy, duchy, przeszłość i przyszłość. Magia.
I teraz znów nagle to Batumi...
Szczerze? Gdybym miała spędzić tam tydzień, to bym umarła. Miasto jest architektoniczną mieszaniną, nad którą najwyraźniej nikt nie panował, ani architekt miejski, ani konserwator zabytków. Co kawałek inny mix szkła, betonu, plastiku i świateł. O ile Baku w całym swym eklektyzmie było dostojne i eleganckie, o tyle Batumi to dziwaczna hybryda rumuńskiej nadmorskiej Mamai z Ustką sprzed 15 lat. Upodobanie do ruchomych, podświetlonych setką świateł pomników widzieliśmy już też w Skopje, ale tam się to jakoś broniło, bo klimatu stolicy strzegły naprawdę monumentalne budowle muzeów czy urzędów. Batumi się nie broni. Całe jest jak turecka zabawka wyprodukowana na europejski rynek.
Nie broni się też plaża, na której kamieniach odpoczynek nie byłby wielką przyjemnością. Mimo to wiem, że Polacy lądują tam na dwa tygodnie i nie widzą potrzeby ruszania się poza miasto. A później mówią o tym, jaka ta Gruzja cudoooowna...
Wieczorem sympatyczne są typowo wakacyjne kolorowe, rozwrzeszczane tłumy ludzi, naprawdę duże fontanny i kilkunastokilometrowy, szeroki, nadmorski deptak, zadbany, zielony i przyjazny. Reszta wygląda jeszcze bardziej hardkorowo niż na zdjęciach.

Trudno Batumi porównać w uczciwy sposób do innych miast. Przychodzi mi na myśl, że najlepiej czuję się w miastach, które bierze się na poważnie. Batumi nie da się brać na poważnie.

Z daleka jeszcze jakoś...

 Z bliska robi się dramat.
 Kolorowy dramat.
 Kolorowy ruchomy dramat.
 Ruchomy pomnik całujących się Ali i Nino...
 Cztery cuda świata na jednym zdjęciu
 Teatr - jeden normalny w całym tym dziwactwie
 Z góry jest nieźle
 Tak, to jest wbudowany w wieżowiec diabelski młyn
 Transylwania?
 Niestety, młyn jeszcze się nie kręci...
Budowa trwa!

wtorek, 11 sierpnia 2015

Kaukaz. Gruzja. Borjomi.

W ZSRR wszyscy pili wodę Borjomi. I tylko Borjomi się liczyła. Najbogatsi w samym Borjomi stawiali sobie dworki i przechadzali się po parku zdrojowym, pijąc bezcenną wodę, która zapewniała im długie życie w pełnym zdrowiu.
Gdy Gruzja weszła na wojenną ścieżkę z Rosją, wujek Putin zakazał sprowadzania z Gruzji wody Borjomi. Rosjanie tak się zbuntowali, że woda znów jest na półkach rosyjskich sklepów. Polskich jabłek nadal nie ma...
Samo Borjomi jest małe i urocze, klimatem przypomina nasz Nałęczów. Wpadamy tam wczesnym rankiem i spacerujemy tak daleko, jak pozwoli nam czas. Nie byłam w stanie wypić wody prosto ze źródełka: przyzwyczajona do wody wyfiltrowanej absolutnie ze wszystkiego, w parku poplułam się ciepłą, lekko gazowaną i podejrzanie pachnącą wodą.
Jedyne, co poczułam po tym jednym łyku, to wilczy głód.
Wprawdzie mijaliśmy po drodze pachnące piekarnie, ale niestety w całym Borjomi nie znaleźliśmy nikogo, kto by nam wymienił pieniądze z dolarów na lari. Mieliśmy już tylko jakieś gruzińskie grosze, a Brzydal przekonywał mnie, że nam nawet na bułki nie wystarczy. Umrę z głodu w Borjomi, wspaniale. Już miałam w planie robić oczy kota ze Shreka i zapłacić czymkolwiek, byleby dostać tę cudowną, miękką kulkę-drożdżówkę, którą widziałam na jednym ze straganów. Ostatecznie po wytrząśnięciu wszystkiego z kieszeni i plecaków było nas stać na te dwie bułki i nie wiem, czy to nie było najsmaczniejsze, co jadłam na Kaukazie. Aaaach...





Polska strona o wodzie Borjomi

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Kaukaz. Gruzja. Akhaltsikhe.


Nie spodziewałam się takiego widoku w Gruzji. Kompletnie zaskoczenie i zauroczenie. Żałuję, że było późno i nie mogliśmy przejść przez całe stare miasto. Bram strzegł absolutnie nieprzekupny strażnik. Prezydent Saakaszwili niemal w 100% zlikwidował w Gruzji korupcję. Ci, co brali w łapę, byli często tak napiętnowani, że jedyne, co mogli zrobić, to opuścić kraj. Przypomniałam sobie o tym, gdy nie udało się nam dojść tam, gdzie tak strasznie chcieliśmy...

niedziela, 9 sierpnia 2015

Kaukaz. Gruzja. Khertvisi.

Twierdza Khetvisi, jedna z najstarszych w Gruzji, przysiadła na wzgórzach już w II wieku. To, co z niej zostało i co można oglądać po wdrapaniu się na szczyt, to już kształt XIV-wieczny. Wyrasta znikąd i zachwyca. Ciągnie mnie na górę, chociaż mało czego nie lubię tak bardzo jak wspinania się gdziekolwiek w upale! Ale dobra, idziemy. Bokiem, po wielkich kamieniach, w zawrotnym tempie wspina się psiak w typie kudłatego jamnika. Na nim z kolei wspinanie się nie robi żadnego wrażenia. Budę ma w jednej z baszt. W zamian za zdjęcia daje się przekupić wafelkami.







Czytałam gdzieś, że zamczysko, które zobaczyliśmy zupełnie przypadkiem, jest kandydatem do wejścia na listę UNESCO, ale nie umiem tego raz jeszcze znaleźć i potwierdzić. Może mi się przyśniło jak martwa padłam na pysk ze zmęczenia?

sobota, 8 sierpnia 2015

Kaukaz. Gruzja. Skalne miasta.

Skalne miasta odwiedziliśmy dwa: Upliscyche korzystając z bliskości Gori i Wardzia, w drodze do Batumi.
Upliscyche to V wiek przed naszą erą i miks kultury chrześcijańskiej i pogańskiej, w co jeszcze pchały się tradycje architektury irańskiej. To, co zostało, budzi podziw i respekt, chociaż z dawnej potęgi nie zostało wiele. Po zarysach i po efektach prac archeologów trzeba się domyślać, co mogło się tam dziać i jak mogło to wyglądać.





Wardzia wygląda inaczej, jest zdecydowanie lepiej zachowana i większa. Ale to miasto XII-wieczne. Rozmach mieli niebywały! Trzy tysiące komnat na kilkunastu kondygnacjach. I wszystko, co potrzeba do życia. System nawadniania. Zakon. Apteka...



W przeuroczej, klimatycznej Cerkwi Wniebowstąpienia NMP, w której czas zatrzymał się w XII wieku, siedział młody, przystojny mnich w typie hipstera. Pilnował porządku. Żadnych zdjęć! Żadnego filmowania! Nawet centymetra gołej skóry na wierzchu! On sam był w dresie. W najprawdziwszym dresie z paskami. Ale tak był dokładny, że i mnie, i Brzydala pospiesznie ubrał w niebieskie, wiązane z boku fartuchy. Zdjęć niestety nie mam...
Wardzia w rankingu skalnych miast wypada lepiej, ale skoro Upliscyche to rzut beretem z Gori, to żal nie jechać. Na szczęście Rosjanie nie wpadli na to, by bombardując Gori, dowalić też Upliscyche... Tak dla zasady.

piątek, 7 sierpnia 2015

Kaukaz. Armenia. Rzeź Ormian.

Wizyta w Erewaniu nie miałaby kompletnie sensu, gdyby nie ta godzina spędzona na jednym ze wzgórz, gdzie upamiętniono ofiary rzezi Ormian (genocide).
Armenia jest w trakcie wielkiej rocznicy - obchodzą setną rocznicę rzezi, podczas której z życiem pożegnało się nawet dwa i pół miliona Ormian (nadal brak pełnych danych. Teraz jest ich niecałe 3 miliony). Na tę okoliczność stworzono bardzo mocną kampanię informacyjną i promocyjną - w całym kraju widać billboardy, a w samym Erewaniu zastosowano chyba wszystkie miejskie formy promocyjne. W kwietniowych obchodach uczestniczył cały kraj i wielu międzynarodowych oficjeli. Pamiętam, że w polskich mediach też były o tym wzmianki.
Mimo to, tylko 25 państw oficjalnie uznaje genocide za wydarzenie, które faktycznie miało miejsce. Innych nadal trzeba przekonywać.
Pomnik Ofiar Ludobójstwa to dwanaście chaczkarów i płonący wewnątrz nich wieczny ogień. Pęknięta na dwie części wieża to symbol rozbitego państwa i tego, co zostało Ormianom odebrane, a co mają nadzieję odzyskać.
Wokół, na zielonych terenach, gdzie wielcy tego świata upamiętniają ofiary sadząc drzewa, rozbrzmiewa potwornie smutna, przejmująca muzyka. To najbardziej przygnębiające miejsce, w jakim byłam od lat. Chociaż przygnębienie to za małe słowo. To taki smutek, który sprawia, że wszystko zaczyna boleć, szumi w głowie, wali między oczy. 25 krajów. Żałosne i śmieszne.
Nieprzekonani powinni wejść do muzeum, które w tym roku otwarto w nowym budynku, a właściwie pod ziemią. Powinni zobaczyć, co przechodzą sami Ormianie, wchodząc tam i od razu wybuchając płaczem. Ekspozycja jest przerażająca i pozostawia piorunujące wrażenie na bardzo długo, nie wiem czy nie na zawsze.
Trudno to później znieczulić. Obrazki i tak wracają. Zdjęcia, filmy, animacje, słowa. I ten Hitler z '39 roku...

Obecnie tylko na wschodzie umieściłem oddziały SS Totenkopf, dając im rozkaz nieugiętego i bezlitosnego zabijania wszystkich mężczyzn, kobiet i dzieci polskiej rasy i języka, bo tylko tą drogą zdobyć możemy potrzebną nam przestrzeń życiową. Kto w naszych czasach jeszcze mówi o eksterminacji Ormian?









czwartek, 6 sierpnia 2015

Kaukaz. Armenia. Erywań.

Erewań za dnia ruchliwy, wieczorem już tłoczny, kolorowy, podświetlony, z mnóstwem pomników i ze sztuką współczesną. Kaskada wieczorem mieniąca się na każdy możliwy kolor, a nad tym wszystkim milczący, potężny Ararat (i w żyłach też Ararat...). Śmiesznie tanie taksówki. Trudno znaleźć miejsce w knajpie. Armeńskie wino takie cudowne...

Matka Armenia

 Kaskada




 Opera
 Plac Republiki
 Fabryka koniaku Ararat