wtorek, 13 stycznia 2015

graniczne

Chrzanić podsumowania. Pierdzielić postanowienia.
Chociaż zeszłorocznego udało mi się dotrzymać, chyba pierwszy raz w życiu. Zeszłoroczne noworoczne postanowienie brzmiało "nie kupować więcej dżinsów".
Zima jednak postanowiła wpaść na chwilę, co się dobrze składa, bo po zeszłorocznej snowboardowej pustyni w tym roku udało się już nam trzy razy wyskoczyć na śnieg, z czego ostatni wypad na Nową Osadę sprawił, że jeszcze kilka dni we krwi krążyły mi cząsteczki adrenaliny wielkości arbuzów. Szalałam jak powalona i byłam szczęśliwa jak w Kosowie. Oczywiście później padłam bez życia (po Kosowie też), a po jednym spektakularnym upadku miałam ochotę sama zagipsować sobie prawy bark, ale nie mam wątpliwości, że warto było. No i że warto łamać te wszystkie granice: szybkości, techniki, strachu, czasu.
Kolejny raz byłam więcej niż pewna, że tylko sytuacje graniczne mają znaczenie. Że tylko te graniczne czuję tak jak powinnam.
Bark przestał już boleć, kolano też. Trochę szkoda. Czuję się tak, jakby minęły tygodnie, a nie dni.
W pracy drażniący ruch i szum, który wyprowadza mnie z równowagi, bo jest zbędny i nic z niego nie wynika. Ten nawał dni wolnych też narobił mi w głowie burdelu. Te wszystkie święta, których nie rozumiem, a których jest obowiązek świętowania. Chodzenie do pracy tak w kratkę przypomina jakiś dziwny stosunek przerywany. To nie dla mnie.
Czytam kolejną książkę o Kaukazie. Jeszcze 185 dni.
W walce z postępującym wkuerwieniem pomaga pieczenie chleba i słuchanie moich kochanych Gogoli...


Brak komentarzy: