środa, 18 lutego 2015

L4

Dobra, przyznaję się, że przez 5 dni miałam gorączkę. I że się dusiłam od kaszlu i że dzięki mnie polski przemysł chusteczkowy miał się świetnie. Ale poza tym czułam się na tyle dobrze, że chciałam normalnie chodzić do pracy i wykonywać swoje obowiązki. Na przeszkodzie stanęła mi Koleżanka z Drugiej Strony Biurka, która patrzyła na mnie z żałością swoimi oczyma matki dwójki dzieci i wkręcała mi, że sorry, ale wyglądam coraz gorzej. Do tych narzekań na mój wygląd i na wątpliwą przyjemność przebywania ze mną w jednym pomieszczeniu przyłączyli się inni moi najbliżsi w pracy: w poniedziałek zebrali siły i kopem wywalili mnie wcześniej do domu, a we wtorek do naszej zakładowej pani doktor. I stało się nieszczęście: dostałam L4. Na całe trzy dni. Dramat. W ostatecznym akcie desperacji zgarnęłam do reklamówki (co za obciach...) służbowego laptopa i owinięta w płaszcze, chusty i szaliki jak baba z Magadanu przemieściłam się do auta.

Poczułam się odsunięta, zagubiona i niepotrzebna. Wierzyłam, że gdybym faktycznie czuła się tragicznie, to nie potrzebowałabym pięciu osób do umieszczenia mnie na zwolnieniu. Jedyne, co trochę do mnie przemówiło, to groźba powikłań i jeszcze dłuższej nieobecności w robocie, co mnie przeraża jeszcze bardziej, więc postanowiłam z pokorą udać się do łóżka. Dam radę, jestem dorosłą, trzydziestoletnią kobietą i rozumiem, że to dla mojego dobra. Bla bla blaaaa...

Pokory wystarczyło mi na jakieś 15 minut. Później już tylko miałam pretensje do całego świata, że wszyscy są w pracy i na pewno jest fajnie, i coś się dzieje, i może coś ważnego mnie omija, a ja wyglądając jak zombie siedzę w łóżku i przeklinam swoją śmieszną przecież gorączkę. A później fakt, padłam bez sił. Ale myślę, że wykończył mnie atak szału, a nie choroba. Phi.

Zobaczysz, będzie fajnie - mówili. Poczytasz sobie książki (tylko nie o ludobójstwach!), obejrzysz do końca Sherlocka, pośpisz sobie i w ogóle wszyscy umieramy z zazdrości. Obudziłam się we wtorek rano z narastającą kurwicą i silnym postanowieniem pojechania tam gdzie moje miejsce. Ale po drodze kątem oka złapałam swoje odbicie w lustrze. I zrozumiałam, co miała na myśli Koleżanka z Drugiej Strony Biurka: ukazał mi się pobladły stwór z szeroko otwartymi przekrwionymi oczami, z cieniami do połowy policzków i poszarpany na głowie jak Oskar ze śmietnika z Ulicy Sezamkowej. Termometr ani drgnął. Cudownie. Zaniosłam się kaszlem i siłą woli wróciłam do łóżka, czytać Stasiuka i oglądać Sherlocka.

Kiedy przeczytałam już wszystko i obejrzałam serial, a nawet znalazłam koniec internetu i napisałam miliard maili, okazało się, że minęło mniej niż dwie godziny. Zakrzywiłam czasoprzestrzeń. W kolejnym mailu do szefa wyraziłam swoją daleko idącą dezaprobatę dotyczącą jego poczynań zmierzających do zmuszenia mnie do leżenia w łóżku, bo to on domagał się tego najintensywniej. Wyraziłam ją także telefonicznie, psiocząc, że metoda domowa najwyraźniej nie działa, i że to wszystko jego wina, że tu jestem, i że ja się w ogóle, ale to w ogóle nie zgadzam. Nie przejął się.

Jedyne, co sprawiło, że przeciągnęłam się błogo pod kołderką i pomyślałam, że jest pięknie, była "Łajka" puszczona w RockRadiu o poranku. Grają "Łajkę" potwornie rzadko, ale przyznaję, że zazwyczaj wtedy, kiedy jest mi potrzebna.

No i Brzydal przyniósł mi nowiutką, pachnąca drukarnią książkę szaleńców z "Make life harder". Muszę uważać, bo jak się śmieję, to zaczyna mnie dusić...

zł.

czwartek, 12 lutego 2015

demon prędkości

Ja i moja deska przekroczyłyśmy razem 51 km/h. Umieram z radości. z.


wtorek, 10 lutego 2015

Doktor Misio w Sosnowcu

Chyba za dużo słuchałam przez ostatnie tygodnie szanownego Doktora Misia, bo aż dziś w nocy, pewnie w ramach jakiegoś idolowego buntu, śnił mi się cudowny, dziki i ekscentryczny Eugene z Gogol Bordello. Ale śnił mi się tak pięknie, tak miło i tak długo, że dziś postanowiłam słuchać już tylko tych cygańsko-punkowych brzdękoleń. Doktor Misio jeszcze mi się nie śnił, a Eugeniusz pierwszy raz. Może dlatego, że Doktora Misia jednak czasem mam na przysłowiowe wyciągnięcie ręki, a jak miałam Eugene’a metr od siebie, to odciągnął mnie od niego Brzydal? Teraz słucham już piętnastego z rzędu wykonania "My Companjera" na żywo i nie mogę się zdecydować, które jest tak naprawdę najsmutniejsze.

Doktor bywa nawet na wyciągnięcie ręki zupełnie nie przysłowiowo: koncert w 2doors udowodnił, że do lidera można się przytulić na jego wyraźny wniosek, uściskać, ucmokać i nawet wydzierać się, śpiewając słowa piosenek, patrząc sobie prosto w oczy i łapiąc się za ręce. To był bardzo dobry wieczór i bardzo, bardzo dobre urodziny, zupełnie niespodziewany koncert i świetna ekipa do towarzystwa. Później przez kilka dni z rozczuleniem myślałam o kontuzjowanym łokciu, sińcach na kolanach i barierkach poodbijanych na każdym z żeber. Bo musi być pogo, musi być tak, że nie ma już siły, nie ma głosu, ale nie ma też odwrotu, wszystkie znaki stopu poprzewracane, droga wolna i hajda!

W ten oto sposób, z lekko popuszczonymi lejcami, przeleciałam przez własne 30 urodziny. Trzy dni imprez minęły w atmosferze pełnej wiary w to, że nie jestem jednak najstarszym człowiekiem świata, miały smak gruszkowego cyrdu (gruszdr?), zapach wysokokalorycznych pyszności i dźwięk znajomych wersów o tych dziewczynach, co chcą tylko wyjść za mąż, o za starych na pogo i za grubych na hipsterkę, o mentolowych papierosach, wielkiej paradzie nieżywych, gadaniu z wartownikami i krwi na księżycu.