wtorek, 10 lutego 2015

Doktor Misio w Sosnowcu

Chyba za dużo słuchałam przez ostatnie tygodnie szanownego Doktora Misia, bo aż dziś w nocy, pewnie w ramach jakiegoś idolowego buntu, śnił mi się cudowny, dziki i ekscentryczny Eugene z Gogol Bordello. Ale śnił mi się tak pięknie, tak miło i tak długo, że dziś postanowiłam słuchać już tylko tych cygańsko-punkowych brzdękoleń. Doktor Misio jeszcze mi się nie śnił, a Eugeniusz pierwszy raz. Może dlatego, że Doktora Misia jednak czasem mam na przysłowiowe wyciągnięcie ręki, a jak miałam Eugene’a metr od siebie, to odciągnął mnie od niego Brzydal? Teraz słucham już piętnastego z rzędu wykonania "My Companjera" na żywo i nie mogę się zdecydować, które jest tak naprawdę najsmutniejsze.

Doktor bywa nawet na wyciągnięcie ręki zupełnie nie przysłowiowo: koncert w 2doors udowodnił, że do lidera można się przytulić na jego wyraźny wniosek, uściskać, ucmokać i nawet wydzierać się, śpiewając słowa piosenek, patrząc sobie prosto w oczy i łapiąc się za ręce. To był bardzo dobry wieczór i bardzo, bardzo dobre urodziny, zupełnie niespodziewany koncert i świetna ekipa do towarzystwa. Później przez kilka dni z rozczuleniem myślałam o kontuzjowanym łokciu, sińcach na kolanach i barierkach poodbijanych na każdym z żeber. Bo musi być pogo, musi być tak, że nie ma już siły, nie ma głosu, ale nie ma też odwrotu, wszystkie znaki stopu poprzewracane, droga wolna i hajda!

W ten oto sposób, z lekko popuszczonymi lejcami, przeleciałam przez własne 30 urodziny. Trzy dni imprez minęły w atmosferze pełnej wiary w to, że nie jestem jednak najstarszym człowiekiem świata, miały smak gruszkowego cyrdu (gruszdr?), zapach wysokokalorycznych pyszności i dźwięk znajomych wersów o tych dziewczynach, co chcą tylko wyjść za mąż, o za starych na pogo i za grubych na hipsterkę, o mentolowych papierosach, wielkiej paradzie nieżywych, gadaniu z wartownikami i krwi na księżycu.

Brak komentarzy: