piątek, 6 marca 2015

L8

L8 to takie podwójne L4. Tamto poprzednie - miałam nadzieję - przeszło. Spędziłam w pracy półtora tygodnia, odganiając od siebie myśl, że w sumie to od trzech tygodni mam gorączkę. W końcu przyszedł kryzys, w którym wyglądałam tak, że nasza pani doktor wciągnęła mnie do siebie z pominięciem długiej kolejki moich koleżanek i kolegów z pracy.
Wczoraj po trzech dniach leżenia jak zwłoki i brania antybiotyków w dawce jak dla mamuta wreszcie spadła mi gorączka. Jednocześnie tak opadłam z sił, że wyjście do kuchni po herbatę nosi znamiona heroicznej wyprawy do Mordoru.
Brzydal, aby ostatecznie unieruchomić mnie w domu i mieć pewność, że nigdzie sobie nie pójdę, profilaktycznie zabiera mi samochód. A że mieszkamy na końcu świata w otoczeniu porośniętych na zielono hałd, po których kicają zające i spierniczają przed rudymi lisami, Brzydal ma pewność, że z buta nigdzie nie pójdę, bo nie ma gdzie.
Czas mija mi na leżeniu, rzężeniu i wzdychaniu, na czytaniu "Ballad i romansów" Karpowicza (najgrubsza książka, jaką szef znalazł w swojej szafie i dał mi na odchodnym) i czasem gapieniu się w mały ekran ("Jeszcze dalej niż północ" nadal fenomenalne). I pracuję ile mogę, to znaczy na tyle, na ile jestem w stanie ogarnąć coś za pomocą służbowego kompa i komórki i na ile mam siły. Rozmów unikam lub je skracam, bo powodują u mnie napady duszenia a'la obcy, ale dzięki kilkunastu mailom dziennie moje zaległości w przyszłym tygodniu będą trochę mniejsze.
Oczywiście wkręcam sobie, że w poniedziałek będę jak nowa. Ba, wolałabym być w formie już w niedzielę wieczorem na wyczekany koncert Renaty Przemyk.
Pod koniec marca Dr Misio w Zabrzu i w Piekarach. Oba, oba, oba. Chcę oba. Pogo pogo pogo...
Nie pamiętam, kiedy ostatnio  byłam tak chora. Trzeba to przegonić i zapomnieć.
z.

Brak komentarzy: