sobota, 18 kwietnia 2015

longboard

Mam 30 lat i prawie 3 miesiące. Jestem spokojnym, opanowanym pracownikiem administracyjnym w ważnej i poważnej instytucji kultury. Dojrzałam i spoważniałam, tak jak moja instytucja kultury.
Tak myślałam jeszcze w zeszłą sobotę. A w niedzielę wróciłam do domu z longboardem. Poszliśmy szukać hulajnogi dla Brzydala, bo znów odmawia chodzenia ze mną na rolki, ale mnie oczywiście przyciągnęło stoisko dla skejtów (swój do swego…). Piętrzyły się tam deski krótkie i bardzo długie, z czego jedną z tych długich, metrową, od razu przytuliłam do siebie i odmówiłam wyjścia bez niej. Po chwili dopiero ściągnęłam z niej wszystkie blokady i przejechałam się po sklepie. To był dowód, że dam radę i że natychmiast powinnam stanąć w kolejce do kasy, niezależnie od kosztów i perspektyw. W jakimś przebłysku zdrowego rozsądku capnęłam jeszcze worek z kompletem ochraniaczy. I hajda…! 

Pierwsze testy sprzętów przeprowadziliśmy na Muchowcu. Efekty były zadziwiające: okazało się, że jesteśmy do tego stworzeni, że żadne z nas ani razu nie wyrżnęło, ani nie spowodowało wypadku z udziałem innego uczestnika ruchu. Jedyne, co mnie zaskoczyło, to fakt, że jest to najbardziej wymagający sport jaki kiedykolwiek uprawiałam. Po przejechaniu dwóch kilometrów wracałam do auta prawie że na kolanach, tam mnie ta deska umęczyła. Rolki, rower czy snowboard przy tym to leżenie jak foka na plaży i picie drinka z palemką. Dwa kilometry, śmiech na sali…
Kolejny raz sprawdziła się też moja metoda dyscyplinowania złych myśli wysiłkiem – przez kilka dni co wieczór wychodziłam na pustą drogę koło naszego domu, żeby się wyszumieć, zmęczyć i trochę poduczyć, żeby nie wyglądać jak ostatnia sierota. Poszłam też wczoraj. Z pracy wróciłam w bardzo złej formie, więc deska miała szansę pomóc. Pierwsze odepchnięcie jednak spowodowało taki ból w tylnym kolanie, jakby mi ktoś wbijał szpikulec do lodu. Ułańska fantazja albo polska głupota podpowiedziała mi jednak, że może to trzeba rozruszać. Motywowały mnie biegające dziko zające – trzy razy pokazywał mi się jakiś szarak, siedząc na skraju drogi i dziwiąc się pewnie, po co jechać, jak można iść. Albo kicać. Po 2,5 km dałam sobie spokój. Później szybkie wyjście z Brz., kilka kroków, ledwo ledwo, a później schody. Bolało tak, że miałam łzy w oczach, ale żeby mimo wszystko wrócić do mieszkania, wykonywałam tak durne ruchy, że śmiałam się sama z siebie jak wiejski głupek. Brzydal oczywiście przywołał Ministerstwo Dziwnych Kroków i zaczął też brać udział w plebiscycie na ten najdziwniejszy, powodując, że wejście na nasze pierwsze piętro trwało cztery razy dłużej niż normalnie.
Wygląda na to, że weekend mam z głowy. Odbijanie się drugą nogą jest niemożliwe. Średnio możliwe jest w ogóle chodzenie po mieszkaniu. Wujek Google nie precyzuje, co się stało i jak mogę sobie pomóc. Od samego czytania opisów uszkodzeń, nadwyrężeń i metod leczenia można zacząć udawać, że przecież nic mnie nie boli i nic mi nie jest.
zł.

Brak komentarzy: