wtorek, 30 czerwca 2015

and the feeling that it's all a lot of oysters but no pearls

Zbudziłam się w środku nocy z piątku na sobotę i poczułam, że nie jest dobrze. Rano nie umiałam już wstać z łóżka. Haaaalo, jestem tu - piszczała po cichu każda kostka, każdy mięsień i każdy staw. Haaaalo... A gorączka rosła. Im bardziej, tym jaśniejszy stawał się dla mnie fakt, że nie pójdę na premierę. Że dumanie, czy jakimś cudem zdążę na koncert Doktora Misia, nie miało żadnego, ale to żadnego sensu. Niedziela w domu. Poniedziałek - zamiast na całodniowej delegacji - w domu. Najpierw myślałam, że umrę z choroby, a później, że umrę z nudów. Aktualnie myślę, że umrę ze złości.
Dzisiaj poszłam do pracy, ale mój czujny i nieznoszący sprzeciwu szef w ciągu kwadransa wywalił mnie do domu. Nie umiem odpędzić skojarzenia z mojego ukochanego filmu "Wszystko jest iluminacją": przy stole Alex dostaje w mordę od ojca, a z offu słychać głos "mój ojciec jest mistrz świata w finalizowaniu konwersacji". A ja wiem, że to mój szef nim jest. W takich chwilach zdecydowanie mniej mi się to wszystko podoba.
W sumie to oczy mi się zamykają...

wtorek, 23 czerwca 2015

po zamkniętym dziedzińcu wędruje i gada z wartownikami

Oddam cię do jakiegoś ośrodka - z pełną stanowczością zadeklarował Brzydal po kolejnej nocy, podczas której gadałam przez sen. Ale to nie jest takie gadanie jak to sprzed dwóch lat, kiedy zmieniałam pracę i śpiąc bardzo, bardzo mocno wykonywałam różne głupie wyśnione polecenia. Tym razem śpię tak płytko, że wydaje mi się, że nie śpię wcale. Na naszą sypialnię nachodzą obrazki z mojej głowy, robi mi się taki mapping 3D na znajomych ścianach, na szafie, półkach i lustrze. No i gadam bzdury, Brzydal się budzi, później budzi mnie, ma focha, straszy mnie wywózką i jeszcze twierdzi, że to dla mojego dobra. Wczoraj zaproponowałam intensywną wieczorną terapię zastępczą i zadziałało: oboje spaliśmy jak susły, mimo że śniło mi się, że jeździłam na snowboardzie. Tak, w połowie czerwca. Było to tak bliskie życia, że w tym śnie myślałam: rany, dotąd najpóźniej jeździłam 6 kwietnia, a teraz jest połowa czerwca!
Zakrzywianie czasoprzestrzeni świetnie nam idzie. Dziś jakoś tak wyszło, że lecimy na wakacje tydzień wcześniej niż planowaliśmy. Wykonałam taniec radości skacząc wokół własnego biurka i z dziką satysfakcją odcięłam dodatkowe siedem pól z metra, na którym codziennie odliczam czas do wyjazdu. Po chwili z radością zakołysałam biodrami na widok obecnej już na moim koncie kasy za ostatnią dużą imprezę. Szef w dobrym nastroju. Od razu jakoś się to wszystko układa. Tak jak łażenie po czeskim Cieszynie i picie Kofoli z wielkiego kufla w piwnym ogródku z widokiem na pociągi. Wszystko na swoim miejscu.
W sobotę koncert Doktora Misia w Tychach. Ale tego samego dnia jest pierwszy pokaz najnowszego przedstawienia mojego ulubionego reżysera. I mimo że mogę iść na niego w sobotę, niedzielę i we wtorek, i że mogę chodzić na niego do oporu od września, nie jestem w stanie znieść myśli, że miałabym być na Doktorze Misiu w Tychach, jak tutaj będzie grany ten spektakl. Przecież normalnie dałabym się pokroić, żeby zobaczyć przedstawienie tego gościa w pierwszym możliwym terminie. I wiele razy tak było. Doktor Misio musi się jakoś z tym pogodzić i przyjechać znów, najlepiej na jakiś cudowny klubowy koncert, taki jak w Rudeboyu, 2Doors, Pasji, w Teatrze, w Wiatraku...
Co ciekawe, Brzydal też woli iść do teatru. Wyhodowałam potwora. Kulturalnego, fakt, ale jednak potwora.
z.

sobota, 20 czerwca 2015

now I wonder how whatsername has been

Triumfalny powrót wiary we współczesną farmakologię! Odzyskałam smak. Nie sądziłam, że będę mieć z tego taki fun. Ale przecież odzyskałam władzę nad jednym zmysłem. Proste produkty sprawiają, że wpadam w żywieniową euforię. Nie mogę się oderwać od czereśni. Truskawkowy koktajl mogłabym robić we wiaderku. Dwa produkty sprawiają, że przechodzę spożywczy orgazm: ryżowe płatki z kokosem i mały, niepozorny litewski batonik twarogowy z makiem. Coś cudownego. Na balkonie, w piżamie, o 8 rano, z miską płatów. Boże;).
To niestety grozi, że znów przytyję jak Buka, tym bardziej, że od pamiętnego lotu z longboardu w Boże Ciało mam przerwę w jeżdżeniu (kontuzja znika, ale dość powoli). Grozi tym, że jak zjem jeszcze pół kilograma czereśni, to resztę dnia będę leżeć jak foka, a mieliśmy w planach kajaki...
Poza tym padam na pysk. Mój organizm wyraźnie się buntuje i upomina o swoje, bo o 20 każdego wieczora puka mi w głowę od środka i informuje, że idzie spać. A ty rób co chcesz. Jak się stawiam, to kolejnego dnia nie daje mi żyć i znów słyszę od własnego szefa, że fatalnie wyglądam. Trudno z tym dyskutować. I z nim.
Odliczanie dni do urlopu (z blisko 300) na ostatniej prostej zdecydowanie przyspieszyło. Nad biurkiem obcinany codziennie metr ma już niecałe 30 cm. Czasem wieczorem mam jeszcze siłę, żeby przez kilka minut czytać przewodnik. Nazwy nie mówią mi nic. Wielu z nich nie umiem przeczytać. Trudno z zapamiętywaniem. Mylą mi się kraje. Do Bałkanów byłam lepiej przygotowana, przyznaję. Ale książek o ludobójstwie mam już po kokardę, na lata. Z przykrością czytam niusy z kosowskiego pogranicza. Dołują popowodziowe obrazki z Tbilisi. Zwierzaków nie umiem usunąć spod powiek gdy zamykam oczy.
W pracy jakoś tak weselej. Przedurlopowa głupawa. Z powodu nowego współpracownika, który wygląda i zachowuje się jak narodowy wieszcz, słuchamy z laptopa dzieł wszystkich Kilara, w szczególności muzyki z "Rodziny Połanieckich" i "Trędowatej", i gotujemy się nawzajem przy każdej możliwej okazji. Nie ma litości. Wysyłanie sms-ów z biurka na biurko jest jedną z najpotworniejszych tortur jakie znam...
z.

wtorek, 9 czerwca 2015

be my mirror, my sword and shield

Przez kilka ostatnich tygodni ogarniało mnie przerażenie na samą myśl, że miałabym z kimś wyjść popołudniu na kawę i na przykład długo niewidzianej serdecznej koleżance odpowiedzieć szczerze na pytanie "co słychać?". To trochę takie uczucie, jak się nie lubi pająków, a na ścianie dwa metry od siebie widzi się takiego demona z włochatymi nogami. Albo jak się nie lubi lumpeksów, ale mimo to trzeba tam wejść i coś zorganizować spomiędzy stert łachów.
A dzisiaj wyszłam. Dwie godziny rechotałyśmy w Kredensie jak nastolatki, z tematów, które pewnie śmieszyły nas dokładnie tak samo jak byłyśmy nastolatkami. Miło przypomnieć sobie, że istnieją takie niezobowiązujące relacje, w których można sobie pozwalać, pozwalać, pozwalać...
To też dowód na to, że wsparcie nadciąga z kierunków nieoczekiwanych. Że nie reaguje na nasze nie, spadaj, nigdy, zniknij, zostaw, nie chcę, nic. Że jest uparte i skuteczne, gdy inne metody nie dają rady. Banał, nie?
z.

sobota, 6 czerwca 2015

zdjęcie z długiego weekendu

Stało się: wyrżnęłam na longboardzie. Najechałam na szalenie gruby kabel, który jakiś debil pociągnął chodnikiem do swojej kiczowatej karuzeli. Nie miałam szans. Wyleciałam w powietrze i przyziemiłam niemal całą powierzchnią ciała (klasycznym stylem Na Mordę i Po Całości). Kolana i ręce obite, do tego żebra, brzuch, biust. Wczoraj wieczorem Brzydal wyciągnął mnie z domu za fraki i wylądowałam na rentgenie palców stopy ("bo jak ci się krzywo zrośnie, to jak będziesz wyglądać??"). Wygrażałam, że nigdzie nie idę, bo w szpitalu pewnie będzie dziki tłum i prędzej odgryzę sobie stopę niż dam się wsadzić w gips.
W szpitalu byliśmy zupełnie sami. Przez chwilę nie było nawet pielęgniarek w dyżurce i lekarzy w pokojach. Był za to jakiś król meneli, pocięty tak, jakby ktoś próbował go oskalpować. Łaził, smędził się, marudził, a żeby było śmieszniej, nazywał się Cesarz. Panie Cesarz, niech pan gacie założy! Panie Cesarz, niech pan już idzie! A pan Cesarz chodził i szukał wody do picia. W pewnym momencie wszedł do pustej dyżurki, sięgnął po stojącą na stole butelkę, rozsiadł się wygodnie i z błogą miną pociągnął z gwinta. Po 30 minutach wiedziałam już, że nie mam pęknięć, ale że jeszcze długo może to boleć (ciekawe ile to jest długo w słowniku pana doktora), no i że jak się uprę, to niedługo znów mogę jeździć.
A pewnie, że się uprę... Mimo że szef po tym wszystkim nazywał mnie głuptokiem, groził, że mnie zabije i uznał, że trzeba mnie zatłuc łopatami i zgłosić jako wypadek. Gdzieś już to kiedyś słyszałam...
W związku z tym moje zdjęcie z długiego weekendu wygląda tak:

 
Choć tak zupełnie na serio, wiem że wypadki chodzą po ludziach a licho nie śpi, ale wiem też, że to wina mojej złudnej pewności, że mnie takie rzeczy nie dotyczą, że ma być grubo, że ma być z fasonem i na luzaka. To wina mojej durnej nonszalancji i uśpionej czujności.
I to też oczywiście wina tego ciula, co w publicznym miejscu pociągnął po chodniku nijak niezabezpieczone kabliszcze. Ale po wszystkim byliśmy w takim szoku, że nawet nie pomyśleliśmy, żeby tam na miejscu robić awanturę.
Leczenie in progress...