wtorek, 30 czerwca 2015

and the feeling that it's all a lot of oysters but no pearls

Zbudziłam się w środku nocy z piątku na sobotę i poczułam, że nie jest dobrze. Rano nie umiałam już wstać z łóżka. Haaaalo, jestem tu - piszczała po cichu każda kostka, każdy mięsień i każdy staw. Haaaalo... A gorączka rosła. Im bardziej, tym jaśniejszy stawał się dla mnie fakt, że nie pójdę na premierę. Że dumanie, czy jakimś cudem zdążę na koncert Doktora Misia, nie miało żadnego, ale to żadnego sensu. Niedziela w domu. Poniedziałek - zamiast na całodniowej delegacji - w domu. Najpierw myślałam, że umrę z choroby, a później, że umrę z nudów. Aktualnie myślę, że umrę ze złości.
Dzisiaj poszłam do pracy, ale mój czujny i nieznoszący sprzeciwu szef w ciągu kwadransa wywalił mnie do domu. Nie umiem odpędzić skojarzenia z mojego ukochanego filmu "Wszystko jest iluminacją": przy stole Alex dostaje w mordę od ojca, a z offu słychać głos "mój ojciec jest mistrz świata w finalizowaniu konwersacji". A ja wiem, że to mój szef nim jest. W takich chwilach zdecydowanie mniej mi się to wszystko podoba.
W sumie to oczy mi się zamykają...

Brak komentarzy: