wtorek, 9 czerwca 2015

be my mirror, my sword and shield

Przez kilka ostatnich tygodni ogarniało mnie przerażenie na samą myśl, że miałabym z kimś wyjść popołudniu na kawę i na przykład długo niewidzianej serdecznej koleżance odpowiedzieć szczerze na pytanie "co słychać?". To trochę takie uczucie, jak się nie lubi pająków, a na ścianie dwa metry od siebie widzi się takiego demona z włochatymi nogami. Albo jak się nie lubi lumpeksów, ale mimo to trzeba tam wejść i coś zorganizować spomiędzy stert łachów.
A dzisiaj wyszłam. Dwie godziny rechotałyśmy w Kredensie jak nastolatki, z tematów, które pewnie śmieszyły nas dokładnie tak samo jak byłyśmy nastolatkami. Miło przypomnieć sobie, że istnieją takie niezobowiązujące relacje, w których można sobie pozwalać, pozwalać, pozwalać...
To też dowód na to, że wsparcie nadciąga z kierunków nieoczekiwanych. Że nie reaguje na nasze nie, spadaj, nigdy, zniknij, zostaw, nie chcę, nic. Że jest uparte i skuteczne, gdy inne metody nie dają rady. Banał, nie?
z.

Brak komentarzy: