sobota, 6 czerwca 2015

zdjęcie z długiego weekendu

Stało się: wyrżnęłam na longboardzie. Najechałam na szalenie gruby kabel, który jakiś debil pociągnął chodnikiem do swojej kiczowatej karuzeli. Nie miałam szans. Wyleciałam w powietrze i przyziemiłam niemal całą powierzchnią ciała (klasycznym stylem Na Mordę i Po Całości). Kolana i ręce obite, do tego żebra, brzuch, biust. Wczoraj wieczorem Brzydal wyciągnął mnie z domu za fraki i wylądowałam na rentgenie palców stopy ("bo jak ci się krzywo zrośnie, to jak będziesz wyglądać??"). Wygrażałam, że nigdzie nie idę, bo w szpitalu pewnie będzie dziki tłum i prędzej odgryzę sobie stopę niż dam się wsadzić w gips.
W szpitalu byliśmy zupełnie sami. Przez chwilę nie było nawet pielęgniarek w dyżurce i lekarzy w pokojach. Był za to jakiś król meneli, pocięty tak, jakby ktoś próbował go oskalpować. Łaził, smędził się, marudził, a żeby było śmieszniej, nazywał się Cesarz. Panie Cesarz, niech pan gacie założy! Panie Cesarz, niech pan już idzie! A pan Cesarz chodził i szukał wody do picia. W pewnym momencie wszedł do pustej dyżurki, sięgnął po stojącą na stole butelkę, rozsiadł się wygodnie i z błogą miną pociągnął z gwinta. Po 30 minutach wiedziałam już, że nie mam pęknięć, ale że jeszcze długo może to boleć (ciekawe ile to jest długo w słowniku pana doktora), no i że jak się uprę, to niedługo znów mogę jeździć.
A pewnie, że się uprę... Mimo że szef po tym wszystkim nazywał mnie głuptokiem, groził, że mnie zabije i uznał, że trzeba mnie zatłuc łopatami i zgłosić jako wypadek. Gdzieś już to kiedyś słyszałam...
W związku z tym moje zdjęcie z długiego weekendu wygląda tak:

 
Choć tak zupełnie na serio, wiem że wypadki chodzą po ludziach a licho nie śpi, ale wiem też, że to wina mojej złudnej pewności, że mnie takie rzeczy nie dotyczą, że ma być grubo, że ma być z fasonem i na luzaka. To wina mojej durnej nonszalancji i uśpionej czujności.
I to też oczywiście wina tego ciula, co w publicznym miejscu pociągnął po chodniku nijak niezabezpieczone kabliszcze. Ale po wszystkim byliśmy w takim szoku, że nawet nie pomyśleliśmy, żeby tam na miejscu robić awanturę.
Leczenie in progress...

Brak komentarzy: