piątek, 31 lipca 2015

Kaukaz. Azerbejdżan. Baku.

Baku to miasto, w którym chciało mi się płakać przy wjeździe - z radości i wzruszenia, i przy wyjeździe - ze świadomości, że mi za mało.
Wielkie, silne i pulsujące. Eleganckie, rozłożyste, jasne centrum. Orientalny Pałac Szachów Szyrwanu i trzy obłędne ultranowoczesne Flame Towers, które widać niemal z każdego zakątka miasta. Wewnętrzne Miasto. Meczety. Herb Baku z trzema płomieniami i przedmuzułmańska Świątynia Ognia. Obiekty sportowe po Igrzyskach Europejskich i - być może - przed olimpiadą, o którą walczą.
Pola naftowe, szyby naftowe i kałuże ropy naftowej. Zawsze chciałam zobaczyć, jak działają szyby naftowe, jak się ruszają, jak się kręcą. Cudowne.

Do tego naprawdę ohydna plaża po drugiej stronie Półwyspu Apszerońskiego. Odmówiłam nawet zdjęcia sandałków i latania tam boso. Gdzieś po drodze słone jezioro, którego czerwone fale wywalały na brzeg sól białą jak śnieg. Sklepy z dywanami. Prospekt Nafciarzy. Granaty. Owoce granatu. W każdej formie. Kolczyki z suszonych granatów...
Absolutnie genialne Centrum Kultury Hejdara Aliyeva, zaprojektowane przez Zahę Hadid. Nigdy wcześniej nie widziałam budynku, który by mnie tak rozbroił formą, dopasowaniem do miejsca, charakterem, otoczeniem. Mogłabym łazić w kółko. Teraz wydaje mi się, że godzinami.
Żałuję, że nie mieliśmy czasu, żeby powdychać to miasto, pokręcić się trochę spokojniej, tak jak się udało w Tbilisi.  
Wyjeżdżając z Baku nie opuszczała mnie myśl, że za mną coś dużego i ważnego i że nie wiem, kiedy znów doznam takich miejskich emocji. Trochę zdołowana wsiadam do pociągu, ale o pociągu później...


















czwartek, 30 lipca 2015

Kaukaz. Arerbejdżan. W trasie.


Zakochana w Azerbejdżanie. Już od granicy, którą udało nam się gładko przejść – obyło się bez targania przewodników, szukania map, kartkowania gazet i podejrzliwego przeglądania książek. Upał i spokój. Podróż z kierunku Morza Kaspijskiego to dla mnie kilka godzin gapienia się w okno jak w telewizor. Krajobraz coraz bardziej żółkł i się piaszczył, wypalał słońcem i kamieniał. Szerokie na sto metrów koryta rzek, w których na próżno szukać wody. Ukryte w górach wioseczki, do których można dojechać tylko z jakimś szalonym miejscowym kierowcą. Taksówką, ładą, busikiem. Błyszczące minarety i świadomość, że do obostrzeń właśnie trwającego Ramadanu mieszkańcu Azerbejdżanu podchodzą jakoś tak luźniej niż irańscy czy tureccy sąsiedzi. Billboardy z prezydentem Heydarem Aliyevem. Gigantyczne flagi. Alfabet, który da się przeczytać i zrozumieć. Im więcej drogowskazów na Baku, tym cieplej w serduszku i cieplej za oknem.

wioska Kiş, Kościół Św. Elizeusza z I wieku naszej ery

 taka rzeka...

 Lahicz (Lahic) - wioska miedzianych rzemieślników. Główny plac wioski



 Poradnik: jak przejść przez największe rondo w mieście?
 Szemacha (Şamaxı) - meczet z 743 roku (!)
 




Śpimy w Hotelu Olimpijskim w Szeki (Şəki). Do późnego wieczora na wielkich salach gimnastycznych trenują kaukascy zapaśnicy. Wszystkiemu ze ściany przygląda się uśmiechnięty i dumny prezydent Aliyev Senior...

środa, 29 lipca 2015

Kaukaz. Gruzja. Tbilisi.

Tbilisi? Zapach metra. Metal, smar i guma. Rumor pędzących ruchomych schodów i pęd powietrza. Uwielbiam. Wdycham i uwielbiam.
Deszcz, deszcz. Słabo z motywacją. Ale workowe peleryny i hajda. Po kilku godzinach czujemy już rytm miasta i w głowie mamy jego rozkład. Urocze Stare Miasto. Kolejka na wzgórze, z którego wszystko widać. I druga, na szczyt góry, na której kręci się gigantyczny diabelski młyn. Małe knajpki. Koty. Mosty. Pomniki. Graffiti. Stragany z kiczem. Talerze z parującymi chinkali. Degustacja cza-czy. Tylko uważajcie, bo siecze po 30 minutach!
Dobrze było tam być, dobrze było mieć czas. Wstrząsająca zupełnie wystawa o okupacji sowieckiej w Muzeum Narodowym. Wzruszająca i piorunująca, a przecież bez zachodnich muzealnych fajerwerków, multimediów i dodatków.
Z planów nie udało się nam tylko dojechać do ZOO, choć już staliśmy na przystanku i czekaliśmy na busa. Minął miesiąc od powodzi. Chciałam zobaczyć znów na swoim miejscu tego wielkiego hipopotama, który totalnie zagubiony łaził po ulicach Tbilisi. Chciałam się przekonać, że dadzą radę i się ogarną, choć to dla stolicy nadal trauma i tragedia. A przecież nie wylała główna rzeka, tylko jakiś boczny kanał, który niestety płynie przez park, w którym jest ZOO. Ostatecznie odradzono tam tę wizytę. Że jednak total disaster. Żeby nie jechać. Hipopotam musi na nas poczekać.


Katedra Sioni

 Wieża Zegarowa
 ściany





 w synagodze

 Plac Wolności i Święty Jerzy
 Aleja Rusztawelego


 starówka


 Most Pokoju (zwany Podpaską Always)

 Matka Gruzja


ARTYKUŁ O POWODZI W ZOO