czwartek, 30 lipca 2015

Kaukaz. Arerbejdżan. W trasie.


Zakochana w Azerbejdżanie. Już od granicy, którą udało nam się gładko przejść – obyło się bez targania przewodników, szukania map, kartkowania gazet i podejrzliwego przeglądania książek. Upał i spokój. Podróż z kierunku Morza Kaspijskiego to dla mnie kilka godzin gapienia się w okno jak w telewizor. Krajobraz coraz bardziej żółkł i się piaszczył, wypalał słońcem i kamieniał. Szerokie na sto metrów koryta rzek, w których na próżno szukać wody. Ukryte w górach wioseczki, do których można dojechać tylko z jakimś szalonym miejscowym kierowcą. Taksówką, ładą, busikiem. Błyszczące minarety i świadomość, że do obostrzeń właśnie trwającego Ramadanu mieszkańcu Azerbejdżanu podchodzą jakoś tak luźniej niż irańscy czy tureccy sąsiedzi. Billboardy z prezydentem Heydarem Aliyevem. Gigantyczne flagi. Alfabet, który da się przeczytać i zrozumieć. Im więcej drogowskazów na Baku, tym cieplej w serduszku i cieplej za oknem.

wioska Kiş, Kościół Św. Elizeusza z I wieku naszej ery

 taka rzeka...

 Lahicz (Lahic) - wioska miedzianych rzemieślników. Główny plac wioski



 Poradnik: jak przejść przez największe rondo w mieście?
 Szemacha (Şamaxı) - meczet z 743 roku (!)
 




Śpimy w Hotelu Olimpijskim w Szeki (Şəki). Do późnego wieczora na wielkich salach gimnastycznych trenują kaukascy zapaśnicy. Wszystkiemu ze ściany przygląda się uśmiechnięty i dumny prezydent Aliyev Senior...

Brak komentarzy: